Tadeusz Sobolewski: Po premierze „Idy” powiedział pan coś zaskakującego: że ten film to akt miłości do Polski, jaką pan zostawił, wyjeżdżając z niej jako czternastolatek. Do tamtych piosenek, ulic, ludzi. W jeszcze większym stopniu dotyczy to „Zimnej wojny”. Film rozgrywa się między latami 40. a 60. Między Paryżem, gdzie mieszka Wiktor, uciekinier z PRL, a Warszawą, w której została Zula. I jak w „Idzie” filmuje pan rzeczywistość, w której wszystko jest zmieszane. To takie poszukiwanie straconego czasu. Próba uchwycenia jednej rzeczywistości, w której mieści się i Stalin, i Gomułka, i piosenka ludowa o dwóch serduszkach, „co płakały we dnie, w nocy”. Wiele różnych rzeczywistości udało się zapakować do tego filmu jak do podróżnej walizki.

Paweł Pawlikowski: Streszczenia często fałszują te filmy, sprowadzają je do schematów rozliczeniowych.

"Zimna wojna” pokazuje, że rozdzielenie przez żelazną kurtynę uwznioślało miłość bohaterów. Bez tego by się rozstali, a tak, sami dla siebie stali się legendą.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej