O poprzednim filmie Davida Roberta Mitchella, horrorze „Coś za mną chodzi” (2014), polski krytyk pisał, że jest „zabawą w niespodziankę”. W filmie „Tajemnice Silver Lake”, który obejrzeliśmy w głównym konkursie, ta zabawa ma sens głęboko dwuznaczny.

Mamy tu do czynienia z erupcją pomysłów, podróżą przez popkulturę, dającą odbiorcom złudzenie, że są twórcami. Bohaterem, a właściwie kreatorem, tej historii jest Sam (Andrew Garfield), pełen uroku 30-latek, bez pracy, o niezdecydowanej profesji, zamieszkujący Silver Lake, dzielnicę Los Angeles. Poszukiwanie seksownej sąsiadki z pieskiem, którą obserwował przez lornetkę i która znika w tajemniczych okolicznościach, rozwija się w kryminał przez moment nasuwający na myśl „Zawrót głowy” Hitchcocka.

Czytaj codzienne relacje Tadeusza Sobolewskiego z Cannes

„Tajemnice Silver Lake”. Nad grobem Hitchcocka

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej