19 stycznia w "Wyborczej" rozmowa z Larsem von Trierem

Premiera „Dom, który zbudował Jack" ("The House That Jack Built”) była jednym z wydarzeń tegorocznego festiwalu w Cannes. Pokaz galowy upłynął w atmosferze skandalu, pokaz prasowy następnego dnia - już nie. Choć i wówczas około stu widzów wyszło z sali, żeby nie patrzeć na sceny tortur i zabijania.

Ale wybierając się na nowy film autora „Przełamując fale”, „Idiotów”, „Melancholii”, trudno oczekiwać eksplozji dobra i optymizmu, tak jak od markiza de Sade nie oczekujemy przyjemnego romansu do poduszki.

Na skandal z von Trierem Cannes nie mogło się doczekać, nudno było bez niego. W 2011 r. zaprzepaścił ewentualną Złotą Palmę dla „Melancholii” − po fatalnej konferencji prasowej, na której przyznał się do współczucia dla Hitlera, został uznany przez festiwal za persona non grata. Może aby dziś robić takie „wewnętrzne”, szalone, bluźniercze, poetyckie w gruncie rzeczy filmy, trzeba mieć wariackie papiery i opinię skandalisty, która ma wartość rynkową?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej