Czuję się jeńcem tego filmu. Taka sytuacja zdarza się dziś w kinie rzadko, tym bardziej w kinie polskim. Paweł Pawlikowski w „Zimnej wojnie” zastawia na widza pułapkę, łapie go w sieć reminiscencji, nie pozwala się oderwać, nabrać dystansu. Tak działały kiedyś wielkie melodramaty oraz piosenki o miłości niespełnionej, niemożliwej. Ale polskie kino nie miało swojej „Casablanki”, „Doktora Żywago” ani „Lecą żurawie”. Mieliśmy za to „Jak być kochaną”.

Czytaj codzienne relacje Tadeusza Sobolewskiego z Cannes

Dziś kino nie ma tej trucicielskiej mocy. Nie ma też takich piosenek. Ale można stworzyć w sposób kontrolowany sytuację melodramatyczną, w której liczyć się będzie warstwa „melo”.

"Zimna wojna". Czy to było naprawdę?

W „Zimną wojnę” wpleciona jest pewna melodia skojarzona z miłosną obsesją. Od niej wszystko się zaczyna. Jest to pieśń zespołu Mazowsze o „dwóch serduszkach” – ludowy lament nad tym, „że się spotkać nie możecie”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej