Na Berlinale jedzie się ze specjalnym nastawieniem. Kiedyś, gdy stał jeszcze mur, festiwal odbywał się w Berlinie Zachodnim, jak na wysepce wolnego świata. Coś z dawnego klimatu pozostało w tradycji, nastroju i programie festiwalu, który ceni kino zaangażowane. Wybierając się dziś do stolicy Niemiec, bardziej niż o kinie myśli się o świecie, który w sposób nieprzewidziany i niebezpieczny przebudowuje się na naszych oczach.

Niepokojące są nie tylko zagrożenia czyhające na demokrację, ale i to, że znów przestajemy widzieć rzeczywistość i oglądamy się za ideologią. Wydaje się, że wiadomo z góry, co obejrzymy, co przeczytamy i co kto powie w publicznej debacie głuchych.

Potrzeba kina, które pozwoli spojrzeć na ludzi, kraj, świat inaczej, niż patrzą media. Festiwale filmowe – to są poszukiwania takiego kina...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej