Na Berlinale jedzie się ze specjalnym nastawieniem. Kiedyś, gdy stał jeszcze mur, festiwal odbywał się w Berlinie Zachodnim, jak na wysepce wolnego świata. Coś z dawnego klimatu pozostało w tradycji, nastroju i programie festiwalu, który ceni kino zaangażowane. Wybierając się dziś do stolicy Niemiec, bardziej niż o kinie myśli się o świecie, który w sposób nieprzewidziany i niebezpieczny przebudowuje się na naszych oczach.

Niepokojące są nie tylko zagrożenia czyhające na demokrację, ale i to, że znów przestajemy widzieć rzeczywistość i oglądamy się za ideologią. Wydaje się, że wiadomo z góry, co obejrzymy, co przeczytamy i co kto powie w publicznej debacie głuchych.

Potrzeba kina, które pozwoli spojrzeć na ludzi, kraj, świat inaczej, niż patrzą media. Festiwale filmowe – to są poszukiwania takiego kina.

Szumowska: po Srebrnym Niedźwiedziu czas na Złotego?

Pociąg jadący do Berlina zbliża się do granicy. Na horyzoncie pojawia się gigantyczna figura Chrystusa Króla pod Świebodzinem. Patrzymy czasem na własny kraj do głębi zdumieni jego nową twarzą.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej