Sagą „Gwiezdnych wojen” rządzi zasada powtarzalności. Poprzednia część – „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy” (2015) J.J. Abramsa – podobała się widzom zgodnie z zasadą inżyniera Mamonia, że najbardziej lubimy te melodie, które już słyszeliśmy. Począwszy od konstrukcji fabuły była bardzo podobna do „Gwiezdnych wojen: Nowej nadziei” (1977) George’a Lucasa. Ale nie chodzi tylko o kopiowanie starych pomysłów.

Ta powtarzalność wynika przede wszystkim z tego, że przy pisaniu „Gwiezdnych wojen” Lucas podpierał się dziełem swego mistrza – religioznawcy Josepha Campbella. Ten w „Bohaterze o tysiącu twarzy” (1949) wykazał, że wzorzec głównej postaci i przebieg jej perypetii w mitologiach ze wszystkich zakątków świata są mniej więcej takie same. Lucas w dwóch trylogiach „Gwiezdnych wojen” tę konstatację twórczo wykorzystał.

Ciemna strona blisko triumfu

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej