„Pewnego razu w listopadzie...” jest pierwszym polskim filmem, w którym udało się uchwycić zdumienie połączone z poczuciem obcości, jakie ogarnia wielu z nas 11 listopada. Święto Niepodległości, podczas którego rozgrywają się kulminacyjne sceny tego filmu, odsłania nam co roku nową, nieznaną twarz społeczeństwa. Film Andrzeja Jakimowskiego w pierwszej warstwie oddaje szok przebudzenia się w jakiejś nowej rzeczywistości, do której nie znajdujemy jeszcze klucza, jak w „Kodzie nieznanym” Hanekego. Choć na szoku nie poprzestaje.

Ta miejska opowieść składa się z łańcucha realistycznych epizodów, a każdy z nich mógłby zostać opisany w stołecznej prasie. Niesamowity ciąg ma zarazem coś ze snu. Bohaterowie dostają nakaz eksmisji. Drzwi do ich mieszkania zostają zaklejone opaską z surrealistycznie brzmiącym napisem: „Zajęto”.

Matka (wyciszona, ale pełna wyrazu Agata Kulesza) i jej syn, student Mareczek (Grzegorz Palkowski), zostają strąceni do grupy „wykluczonych”. Tułają się po działkach i noclegowniach. Wdzierają się do własnego mieszkania zastraszani przez policję paralizatorem. Ale są dziwnie spokojni, cierpliwie szukają nowego miejsca. Mareczek chodzi na zajęcia uniwersyteckie, gdzie mówi się o prawach człowieka i nowym niewolnictwie. Żeby dorobić, pracuje w myjni samochodowej. Razem z dziewczyną znajdują sobie nocleg w maszynowni windy. Ta panienka z bogatego domu coraz głębiej wnika w świat Mareczka.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej