Jeśli spojrzeć na filmy, które rywalizowały w Gdyni o Złote Lwy 15, nawet 10 lat temu, to widać przepaść. A co ważniejsze, zmianę tę zawdzięczamy młodym. To właśnie trzydziesto-, trzydziestoparolatki (choć są i młodsi) wnoszą do kina imponujący warsztat, dopracowują (wreszcie) scenariusze, dbają o formę (od montażu przez obraz po dźwięk) i nie boją się z nią eksperymentować.

>> Codzienne relacje z Festiwalu Filmowego w Gdyni

Są czasem piekielnie zdolni, a zarazem cudownie różni. Już nie jest dla nich celem – jak na początku istnienia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej – jedynie zrobienie filmu. Chcą wejść do kina z przytupem, od początku rozwijać własny styl, wyróżnić się spośród innych. A zarazem mówią o swoim pokoleniu, o współczesności, o dzisiejszej Polsce (i świecie) rzeczy zdumiewająco dojrzałe, trafne, często przekorne – i częścią niezbywalną tych opowieści jest filmowy język, sposób opowiadania, styl. Tak różny, jak różne są „Cicha noc” i „Najlepszy”, „Wieża. Jasny dzień” i „Sztuka kochania”, „Zgoda” i „Atak paniki” czy „Człowiek z magicznym pudełkiem”.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej