„Kiedy grasz o tron, albo wygrywasz, albo umierasz” – mówi Cersei Lannister do Neda Starka w pierwszym sezonie serialu. Kilka odcinków później głowa Neda gnije na pice, widownia zbiera szczękę z podłogi – co jest grane, jak można zabić głównego bohatera, do tego Seana Beana, największą gwiazdę w (wtedy) dość anonimowej obsadzie? – i rodzi się nowy telewizyjny fenomen.

Fantasy pasjami oglądane także przez tych, którzy na hasło „smoki” zazwyczaj zmieniają kanał, bo to dziecinada. Obsypane nagrodami połączenie fabuły trzymającej na krawędzi fotela, błyskotliwych dialogów, utalentowanych aktorów i gigantycznych budżetów. No i serial, w którym żaden bohater, nawet najbardziej przez widzów ukochany, nie jest bezpieczny. Jeśli nie umiesz grać, sorry, odpadasz.

W sezonie siódmym na placu boju pozostały głównie kobiety. Mężczyźni walczyli szlachetnie lub, częściej, nieczysto, ogniem, mieczem, intrygami i dyplomacją, za pomocą polityki i jej przedłużenia, wojny. Byli wśród nich królowie, kapłani i wojownicy, szlachetni głupcy i odrażający psychopaci: dziś łączy ich to, że wszyscy gniją w grobach (chyba że akurat zostali spopieleni żywcem). Damy z Westeros okazały się sprawniejszymi graczami.

I wszystko wskazuje na to, że na Żelaznym Tronie ostatecznie zasiądzie królowa.

No, chyba że George R.R. Martin i twórcy serialu wywiną nam ostatni numer i w finale wszystkich zabiją Nocny Król i jego horda lodowych zombi.

Ale na razie baby górą. I to jest ten najbardziej nieoczekiwany zwrot akcji serialu, który przez pierwsze sześć sezonów regularnie był krytykowany za zahaczające o mizoginię traktowanie swoich bohaterek.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej