Recenzja filmu "Siedem minut po północy":*****

Mama (Jones) jest młoda i śliczna. Ciepła, wesoła. Coraz chudsza, cichsza, słabsza. Mama umiera. Ale Connor (MacDougall) nie potrafi pozwolić jej odejść. Czuje gniew, frustrację, lęk. Być może podświadomie obwinia siebie za to, co się dzieje. Za jej chorobę, która wbrew najwymyślniejszym zaklęciom nie chce nie być śmiertelna. Za odejście ojca (Kebbell). Za samotność. Za oschłość babki (Weaver), która nagle staje w drzwiach by się nim zająć, choć on wcale przecież tego nie potrzebuje, bo jest zorganizowany, odpowiedzialny, już prawie dorosły!

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.