>>WSZYSTKO O OSCARACH 2017 W SPECJALNYM SERWISIE WYBORCZA.PL/OSCARY

Każdy z tych filmów stanowi inny rodzaj kina, ukazuje inną wojnę, inną Amerykę.

W „Cienkiej czerwonej linii” Terence'a Malicka (1999) wojna jest jak życie - nie ma początku ani końca. Kamera biegnie z żołnierzami zdobywającymi wzgórze. Biegnie też ich świadomość. Kiedy żołnierz ginie, przerzucamy się do świadomości innego i atakujemy dalej, w amoku.

Wojna w tym filmie - najlepszym, jaki zrobił Malick, zanim zaczął tworzyć przegadane metafizyczne poematy - jest jak hazardowa gra ze śmiercią. Przy czym "Cienką czerwoną linię" ogląda się jak film kontemplacyjny. Świat jest ukazany jako gra świadomości - dusza pozostaje nieruchoma.

Dyptyk Clinta Eastwooda - ”Sztandar chwały” i ”Listy z Iwo Jimy” (2007) - ukazujący bitwę o Iwo Jimę oczyma kolejno Amerykanów i Japończyków, w zamyśle przypomina filmy szkoły polskiej. Jest to anatomia bohaterstwa, którego Eastwood nie dezawuuje. Pokazuje tylko, że na wojnie człowiek jest do bohaterstwa właściwie zmuszony.

Pozostało 81% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.