Tomasz Ulanowski: Astrobiologom, czyli uczonym poszukującym życia pozaziemskiego, chyba ciężko pochwalić się sukcesami?
Prof. Józef Kaźmierczak*: Astrobiologia została uznaną za dziedzinę nauki dopiero dziesięć lat temu. Wtedy w NASA powstał wirtualny instytut skupiający uczonych z różnych ośrodków, którzy mieli zdecydować, jak właściwie szukać życia pozaziemskiego. Zdecydowali, że trzeba badać życie, które mamy tu, na Ziemi - ale głównie jego ekstremalne formy. Tak pojęta astrobiologia obejmuje właściwie całą naukę (np. ja jestem paleobiologiem) i może się pochwalić wieloma sukcesami.
Dlaczego postanowiliście skupić się na Ziemi?
- Układ Słoneczny mieliśmy już nieźle rozpoznany i wiadomo było, że żadnych zielonych ludzików czy galaretowatych mas na sąsiednich planetach nie ma. Znaliśmy warunki panujące na tych globach - głównie na Marsie i Wenus - i zaczęliśmy się zastanawiać, czy w podobnie trudnych warunkach mogłyby przetrwać nasze formy życia.
Mogłyby?
- Po pierwsze, okazało się, że w niektórych miejscach na Ziemi panują tak ekstremalne warunki jak na Marsie czy Wenus. Po drugie, miejsca te są zamieszkane. Mikroorganizmy, które w nich żyją - głównie bakterie i archeony - nazwaliśmy ekstremofilami. Żyją one w temperaturach od minus 10 do plus 113 st. C, zarówno w stężonych kwasach, jak i w środowiskach superzasadowych. Dają sobie też radę na dnie oceanów, gdzie panuje ogromne ciśnienie, a nawet w wodach o 30-procentowym zasoleniu, czyli setki razy większym niż zasolenie osocza ludzkiej krwi!
Zupełnie niesamowita i ważna z uwagi na możliwość przenoszenia życia między planetami jest odporność mikroorganizmów na promieniowanie kosmiczne. Pokazały to eksperymenty, w których bakterie wysyłano w kosmos i wystawiano w otwartą przestrzeń. Te badania zaczęły się zresztą od przypadku. Amerykańscy astronauci, którzy spacerowali po Księżycu, mieli ze sobą instrumenty badawcze, które zostały źle wysterylizowane. Okazało się, że mieszkające na nich ziemskie mikroorganizmy przetrwały wizytę na Srebrnym Globie!
Jedyne śmiertelne zagrożenie dla ekstremofilów to promieniowanie ultrafioletowe. W czasie kosmicznych eksperymentów ginęły te, które były na nie wystawione. W cieniu bądź osłonięte tytanem czy aluminium - przetrwały.
Niektórzy astrobiolodzy żartują, że największymi ekstremofilami na Ziemi jesteśmy my sami. Bo dzięki inteligencji potrafimy przetrwać i na Antarktydzie, i na Księżycu, nie mówiąc o koszmarnych warunkach, które w niektórych miejscach świata jedni ludzie zgotowali innym.
Jakich naukowców jest dziś więcej - tych, którzy wierzą w sens poszukiwania życia pozaziemskiego, czy tych, którzy uważają, że szkoda na to czasu?
- Siły rozkładają się po równo. Sceptycy mówią, że biorąc pod uwagę brak wiedzy na temat początków życia na Ziemi i ogromne odległości oraz czas dzielące nas od innych planet, nie ma co zawracać sobie głowy. Bo nawet jeśli życie może powstać gdzieś indziej, to po prostu się z nim rozminiemy. Albo już go tam nie ma, albo pojawi się dopiero wtedy, kiedy nas już nie będzie.
Entuzjaści tych poszukiwań mówią natomiast, że obcy są na wyciągnięcie ręki.
Największe problemy sprawia jednak sama definicja życia. Powstało nieskończenie wiele wersji. Najprostsza w NASA. Według niej życie to forma reakcji chemicznych zdolna do rozmnażania, mutowania i podlegająca darwinowskiej ewolucji. No, ale i ta definicja, choć krótka i prosta, a może właśnie dlatego, nie jest doskonała. Wiemy dziś, że gatunki zmieniają się nie tylko w wyniku doboru naturalnego. Wiemy, że niektóre zmiany w organizmach zachodzą także poza ich DNA.
Możemy więc natrafić na życie, ale tak nieziemskie, że je przegapimy?
- To prawda, ale inaczej się nie da. Musimy się pogodzić z tym, że jesteśmy w naszych poszukiwaniach mocno ograniczeni.
Popatrzmy na marsjańskie misje NASA. Jeden z ich łazików znalazł minerały, które dawno temu musiały powstać w bardzo kwaśnym środowisku, które życiu raczej nie służyło. Ale znowu co innego przyniosła ostatnia misja sondy Phoenix. Wylądowała ona niedaleko bieguna północnego i przeanalizowała tamtejszy grunt. Okazało się, że jest wysoce zasadowy, akurat do ogródka pod szparagi.
Wysyłamy więc sondy do innych planet, oczekujemy jakichś odpowiedzi, ale pojawiają się kolejne pytania.
Zdarzają się też spektakularne wpadki. Myślę o marsjańskim meteorycie ALH 84001 znalezionym na Antarktydzie. Kilkanaście lat temu Amerykanie ogłosili, że znaleźli w nim ślady obcego życia.
- A były to jakieś twory mineralne. Ów meteoryt jest dziś wstydliwie ukryty w sejfie w NASA, ale paradoksalnie bardzo przyczynił się do rozwoju nauki. Dynamicznie rozwinęła się, raczkująca do tego czasu, geomikrobiologia, która rewolucjonizuje dziś paleontologię i mikrobiologię. Bada ona interakcje zachodzące pomiędzy mikroorganizmami a nieożywionym środowiskiem. W jaki sposób narodziny wielu minerałów odbywają się w tym, co nazywamy "oceanem mikroorganizmów" - którego nie widzimy, a w którym cali jesteśmy zanurzeni. Okazuje się, że mikroorganizmy, głównie bakterie, wchodzą w reakcję z metalami, ze skałami. Nie ma już wątpliwości, że to niewidoczne gołym okiem życie przetwarza litosferę, schodząc nawet 2-3 kilometry w głąb Ziemi.
Źródło: Gazeta Wyborcza