Tomasz Ulanowski: Ciągle jest pan cyborgiem?
Prof. Kevin Warwick*: Nie, to straszne, ale chirurdzy usunęli mi w końcu chip z przedramienia, gdzie za pomocą 100 elektrod był podłączony do mojego układu nerwowego. Zostały blizny i kilka platynowych drucików pod skórą, które co jakiś czas wyłażą na wierzch i muszę je wpychać z powrotem.
Znowu jestem zwykłym człowiekiem (śmiech). Może tylko w głowie zostało mi coś z człowieka maszyny.
Naprawdę był pan pierwszym cyborgiem na świecie?
- To zależy, jak się zdefiniuje to słowo. Bo przecież można by za cyborga uznać każdego okularnika albo rowerzystę. Nie mówiąc już o ludziach, którzy stracili kończynę i podłączono im bioniczne ramię.
Jeśli jednak przyjmie się bardziej fantastyczną definicję cyborga - że jest nim ktoś, kto dzięki elektronicznym dodatkom może więcej niż przeciętny człowiek, np. zyskuje dodatkowe zmysły albo nowe narzędzia komunikacji - to tak, broniłbym stwierdzenia, że byłem pierwszy.
I jak było?
- Fantastycznie, to świetne uczucie móc więcej niż inni.
Zrobiliśmy coś naprawdę skomplikowanego, bo choć łatwo jest wyprowadzić sygnały nerwowe poza ciało i kontrolować w ten sposób np. trzecie ramię - takie eksperymenty już robiono, choćby na szympansach - to dużo ciężej jest sprawić, by nowe bodźce nerwowe płynęły z zewnątrz przez układ elektroniczny do układu nerwowego i dalej do mózgu, który by je na dodatek rozumiał! A nam się to udało. Podczas każdego z eksperymentów musieliśmy poświęcić półtora miesiąca na nauczenie mojego mózgu rozpoznawania impulsów elektrycznych, które tłoczyliśmy przez implant do mojego układu nerwowego.
Jakie informacje zawierały te impulsy?
- Podczas jednego z eksperymentów połączyliśmy mój układ nerwowy z układem mojej żony. Choć jej nie widziałem, czułem, jak machała ręką. Dosłownie - nie odczuwałem bólu czy czegoś takiego. WIEDZIAŁEM, że poruszyła dłonią.
Wielu mężów osiąga taki stan bez elektroniki.
- (śmiech) Dlatego przeprowadziliśmy także inne doświadczenia. Na przykład podłączyliśmy do mojego ciała trzecie, mechaniczne ramię, którym nauczyłem się poruszać. Jego dłoń, palce, były wyposażone w czujniki, dzięki którym czułem, kiedy dotykałem jakichś przedmiotów. Mój mózg nie oszukiwał się, że to sztuczne ramię było jednym z moich dwóch naturalnych. Przyjął do wiadomości, że dostał do dyspozycji nową, kolejną rękę i był tym naprawdę uradowany.
Do czego jej pan używał?
- Wkładaliśmy w te moje nowe palce jakieś przedmioty, a ja je chwytałem i puszczałem. Czułem je naprawdę dobrze.
Ale na tym nie koniec. Oto kolejny gadżet. Czapka bejsbolowa z sonarem, czyli z nadajnikiem i odbiornikiem ultradźwięków. Dzięki nim wyczuwałem odległość.
W jaki sposób? Słyszał pan sygnał dźwiękowy jak podczas parkowania samochodu wyposażonego w czujnik odległości?
- Nie używałem ani słuchu, ani wzroku, nie czułem bólu. Proszę zapomnieć o pięciu zmysłach, które każdy zdrowy człowiek posiada. Mogłem chodzić z zawiązanymi oczyma, w stoperach. Po prostu CZUŁEM odległość i to dość dokładnie. Bo kiedy zbliżałem się do jakiegoś przedmiotu, rosła częstotliwość impulsów elektrycznych przekazywanych przez implant do mojego układu nerwowego. Mój mózg zyskał DODATKOWY, szósty zmysł.
Był pan jak batman.
- I do tego prawdziwy, a nie tylko filmowy (śmiech).
Źródło: Gazeta Wyborcza