Piotr Cieśliński: Dokładnie 90 lat temu Einstein został światowym celebrytą, ikoną współczesnej cywilizacji. Jak to się stało?
Prof. Andrzej Kajetan Wróblewski: W 1919 r. w Afryce miało dojść do zaćmienia Słońca na tle jasnej gromady gwiazd zwanej Hiadami. To była okazja, by poddać testowi ogólną teorię względności, którą Einstein opublikował trzy lata wcześniej, a która przewidywała, że promienie światła z odległych gwiazd ulegną zakrzywieniu w pobliżu Słońca. Wyprawą na czarny kontynent kierował Artur Eddington. Kiedy wrócił do Londynu, na głośnej sesji w Towarzystwie Królewskim triumfująco powiedział: Einstein ma rację. Następnego dnia - 7 listopada 1919 r. - wszystkie angielskie gazety krzyczały tytułami na pierwszych stronach: "Mechanika Newtona obalona!".
Dlaczego triumf naukowej teorii odbił się tak wielkim echem?
- Brytyjczycy traktowali to symbolicznie, bo Newtona - ich rodaka - z piedestału zrzucał Niemiec, czyli niedawny wróg śmiertelny. Oczywiście, większość nie rozumiała teorii Einsteina, ale patrzono w niego jak w obraz. Zaczęto go zapraszać z wykładami do Ameryki, Japonii, wszędzie.
Podobnie medialnym fizykiem jest dziś Stephen Hawking.
- Ale to ze względu na kalectwo. Ludzie go podziwiają za potężny umysł w słabowitym ciele. Dla przeciętnego człowieka, nawet fizyka, jego prace są zupełnie niestrawne, niewyobrażalne. Z Einsteinem było inaczej. Odkrył coś, co dało się gołym okiem zobaczyć, a z czego przez tysiące lat nikt nie zdawał sobie sprawy.
Swoje pierwsze prace Einstein opublikował, kiedy pracował w urzędzie patentowym w Bernie. Czy dziś czasopismo naukowe przyjmie do druku pracę nieznanego urzędnika?
- Einstein nie był nikim. Ukończył bardzo dobrą uczelnię. Miał świetnych nauczycieli, był bardzo zdolny, ówczesną fizykę znał na wylot.
Nie jest prawdą, że kiepsko się uczył?
- Z pewnością nie był wyróżniającym się studentem. Jak ma się geniusza na studiach, to mu się zwykle proponuje posadę na uczelni. A jego nie przyjęto na stanowisko asystenta i po studiach musiał dorabiać korepetycjami, zanim dostał pracę w urzędzie patentowym. Ale też wówczas było znacznie mniej możliwości uzyskania posady akademickiej niż dziś. Sto lat temu - jak kiedyś policzyłem - na całym świecie było tylko 1100 fizyków, pracowali w niewielkich grupach, na ogół wykładowca plus asystent. W tej chwili w samej Warszawie jest więcej fizyków.
Wielu wybitnych naukowców miało wtedy, tak jak Einstein, kłopot z uzyskaniem posady, choćby Hermann von Helmholtz.
Jest rok 1905. Ukazuje się praca ze słynnym dziś wzorem E=mc2. Czy została zauważona?
- A czy mogła być już wtedy zauważona? Ogromna większość badaczy - z nielicznymi wyjątkami - była przekonana, że fizyka jest nauką niemal zakończoną, że wszystko już znamy i można jeszcze tylko ewentualnie zmierzyć pewne wielkości z większą dokładnością, coś tam poprawić na szóstym miejscu po przecinku.
Znakomity niemiecki fizyk Max Planck w autobiografii pisał, że promotor jego pracy doktorskiej odradzał mu wybór tematu z fizyki teoretycznej. "Nie rób tego, młody człowieku - mówił profesor. - Ta dziedzina już się skończyła". Na szczęście Planck nie posłuchał i stał się jednym z reformatorów fizyki.
Kiedy w roku 1900 odbywał się pierwszy w dziejach międzynarodowy kongres fizyków, na który zjechało do Paryża blisko 800 uczonych, panowała tam atmosfera triumfalizmu. Słynny lord Kelvin przyznał wprawdzie, że jest kilka problemów wciąż niewyjaśnionych, ale nazwał je lekceważąco obłoczkami, które tylko trochę przesłaniają klarowny obraz świata. Jedną z tych chmurek był np. eter.
To tajemniczy ośrodek, w którym miały rozchodzić się fale świetlne.
- Żeby eter mógł przenosić światło, powinien mieć dużą sprężystość, ale przecież nie stawiał żadnego oporu planetom w ich ruchu wokół Słońca. Była w tym sprzeczność. Drugi kłopot sprawiała tzw. statystyka Boltzmana - błędnie opisująca, jak zachowuje się ciepło właściwe gazów. Ale wydawało się, że to tylko techniczne detale.
I w tej atmosferze triumfu Einstein był w stanie dostrzec, że z fizyką nie jest wcale tak dobrze.
Co takiego dostrzegł?
- On sam za najbardziej rewolucyjną uznawał swą pracę o kwantach światła z 1905 r. W jej wstępie zauważał, że jest pewna niespójność w opisie świata. Mianowicie, do opisu gazów fizycy używają położeń i prędkości cząsteczek, a więc pewnego zbioru liczb. A do opisu światła - wielkości, które mają rozkład ciągły. To były dwa różne obrazy świata. Einstein zadał sobie pytanie, czy nie można ich ujednolicić. Zasugerował, że istnieją cząstki światła, tj. kwanty energii, które można traktować jak cząsteczki gazu. To był prosty zabieg matematyczny, ale nikt tego wcześniej nie zrobił. Co więcej, Einstein na koniec otrzymał wynik, który można było sprawdzić eksperymentalnie, mierząc energię elektronów wyrzucanych z metalu pod wpływem padającego nań światła - w tzw. zjawisku fotoelektrycznym.
Źródło: Gazeta Wyborcza