Wszystkie żyjące dziś ssaki - i te całkiem małe jak myszki czy chomiki, i te ogromne jak wieloryby - wyewoluowały z organizmów wielkości dzisiejszych kretów. Proces ten zaczął się 65 mln lat temu, kiedy wyginęły dinozaury. Naukowców z Australii zastanowiło, jak szybko mógł on zachodzić. Badania przeprowadzone przez Alistaira Evansa, biologa ewolucyjnego z Uniwersytetu Monash w Cayton, wykazały, że zmiana rozmiaru zwierzęcia na drodze ewolucji zachodzi wolniej, gdy jego wielkość wzrasta, i szybciej, gdy maleje. Wyniki swoich badań opublikował w internetowym wydaniu tygodnika "PNAS".
Do tej pory o tempie wzrostu rozmiarów gatunków wnioskowano na podstawie obserwacji tzw. mikroewolucji, czyli zmian, jakie zachodzą w obrębie danego gatunku. Stąd szacowano, że aby ze ssaka o wielkości myszy mógł wyewoluować słoń (czyli 100 tys. razy większy organizm), potrzeba od 200 tys. do 2 mln pokoleń.
Badacze pod kierownictwem Alistaira Evansa przyjęli inną metodę. Korzystając z materiałów kopalnych, zbadali, jak rosła masa 28 rzędów ssaków, a na podstawie współczesnych gatunków oszacowali długość życia jednego pokolenia. Okazało się, że ewolucja zachodzi wolniej, niż myślano - wzrost tysiąckrotny (od królika do słonia) zajmuje 5 mln pokoleń, czyli ok. 20 mln lat.
Co ciekawe, ssaki morskie rosły dużo szybciej niż lądowe. Waleniom wystarczały zaledwie 3 mln pokoleń, aby zwiększyć swoją masę tysiąckrotnie. To szybsze tempo mogło być wywołane tym, że w wodzie trudniej o zachowanie temperatury ciała, a większa masa to ułatwia.
Na drodze ewolucji gatunki nie tylko rosną, ale niekiedy również maleją. Ten proces jest dużo szybszy - nawet trzydziestokrotnie. W takim właśnie tempie powstał prawdopodobnie gatunek mamuta karłowatego, który żył na wyspach u wybrzeży Kalifornii. Uważa się, że wyewoluował z mamuta kolumbijskiego, który 20 tys. lat temu przepłynął kanał Santa Barbara i skurczył się na niewielkim lądzie w środowisku o ograniczonych zasobach żywnościowych.
Źródło: Gazeta Wyborcza