Kiedy w 1909 r. ekipa brytyjskiego polarnika Ernesta Shackletona zawróciła z drogi do bieguna południowego i pokonana odpłynęła do domu, na Wyspie Rossa w Zatoce McMurdo porzuciła chatkę, a w niej... składzik z alkoholem. Odnaleziono go 100 lat później. Na początku tego roku nowozelandzcy poszukiwacze wydobyli z lodu pięć skrzyń szkockiej whisky i dwie skrzynie brandy. Niedawno, po miesiącach powolnego ogrzewania skarbu, jedną ze skrzyń otworzono. Stuletnie gazety i słoma ciągle otulały 11 butelek zacnej whisky, rocznik 1896 i 1897, wydestylowanej przez gorzelnię Mackinlay.
Shackleton poddał się po przeszło dwóch miesiącach wędrówki, będąc niecałe 200 km od celu, docierając najbliżej bieguna południowego ze wszystkich dotychczasowych wypraw. Historia pokazała, że dokonał słusznego wyboru. Kończyło się jedzenie i jako dowódca wyprawy trzeźwo uznał, że nie może narażać siebie i swoich trzech towarzyszy. Jego rodak porucznik Robert Scott co prawda w styczniu 1912 r. dotarł do bieguna, ale razem ze swoimi ludźmi zamarzł w drodze powrotnej. Plotka głosi - a nie miał jej kto zdementować - że załamał się, kiedy zobaczył pamiątki zostawione przez Roalda Amundsena. To norweska wyprawa wygrała bowiem wyścig do bieguna południowego, docierając do niego w grudniu 1911 r.
Niegościnna Antarktyda zaczęła przegrywać zmagania z człowiekiem.
Lodowaty paradoks W ciągu ostatniego półwiecza wokół bieguna południowego pobudowano kilkadziesiąt stacji badawczych, a naukowcy rozwiązują coraz więcej zaklętych w lodzie albo pod nim tajemnic dotyczących geologii i biologii kontynentu. Na Antarktydę dotarli też turyści. Co roku
luksusowe statki wysadzają na jej brzegi kilkadziesiąt tysięcy ludzi.
Na razie jednak zimny ląd ciągle jeszcze stawia człowiekowi opór - np. nadal nie poddaje się sprowokowanemu przez rozwój przemysłu globalnemu ociepleniu.
Jak pokazują pomiary, czapa lodowa pokrywająca Antarktydę zamiast się kurczyć, rośnie, spływając coraz większą skorupą na Ocean Południowy (oczywiście nie rośnie równomiernie, a w niektórych miejscach nawet maleje).
Co ciekawe, równocześnie z lodowcami wzrastają średnie temperatury (choć w nielicznych miejscach maleją). Udowodnił to przeszło półtora roku temu Eric Steig z Uniwersytetu Stanu Waszyngton w Seattle (
USA). Z jego opublikowanych w "Nature" obliczeń wynika, że południowy kontynent Ziemi grzeje się w stopniu porównywalnym z resztą świata.
Dlaczego zatem, mimo że temperatury rosną, antarktyczne lodowce kontratakują i rozrastają się, pokrywając coraz większe połacie morza? To pytanie staje się tym bardziej ciekawe, kiedy spojrzymy na drugi "koniec" Ziemi. Czapa lodowa pokrywająca Ocean Arktyczny dramatycznie się kurczy. Uczeni szacują, że niedługo biegun północny będzie latem wolny od białej pokrywy (oczywiście zimą lód powróci).
Topniejąca Arktyka i coraz bardziej skuta lodem Antarktyda to naukowa zagadka. Paradoks, nad którego rozwiązaniem biedzą się uczeni.
Morze i deszcz Ciekawą hipotezę zaprezentował w czerwcu John Turner z Brytyjskiej Służby Antarktycznej. Jego zdaniem za zachowanie Antarktydy odpowiada dziura ozonowa. Bo wywołuje zimny wiatr, który krążąc wokół południowego kontynentu, chroni go przed ciepłem. Jednak dziura przestała już rosnąć i do 2070 r. stężenie ozonu w stratosferze powinno wrócić do normy. - Dlatego do końca wieku lodowce szelfowe wokół Antarktydy zmniejszą rozmiary o jedną trzecią - szacował Turner.
Inną hipotezę przedstawili w przedostatnim "PNAS" Jiping Liu i Judith A. Curry z Politechniki Stanu Georgia w Atlancie (USA). Ich zdaniem ocieplenie klimatu powoduje większe parowanie morza, a więc także intensywniejsze opady nad opływającym Antarktydę oceanem. Te opady to głównie śnieg, który pokrywając lód, zwiększa jego grubość i chroni go przed podmywającym od spodu ciepłym morzem. Jednocześnie biały śnieg odbija większość promieniowania słonecznego, przez co osłania lód przed rozmiękaniem od góry.
Taka sytuacja nie potrwa jednak długo - uważają Liu i Curry. Modele klimatyczne pokazują bowiem, że rosnące stężenie gazów cieplarnianych w powietrzu będzie wywoływało coraz większe zmiany klimatyczne. Zamiast śniegu nad Oceanem Południowym zacznie padać deszcz, który rozmiękczy lodowce szelfowe otaczające Antarktydę. Coraz cieplejsze morze rozmyje zaś je od spodu. Być może potem przyjdzie czas na białą czapę pokrywającą sam ląd.
Whisky bez lodu Na razie jednak Antarktydę skuwa mróz - w jej lodowcach jest tyle wody, że gdyby wszystkie się rozpuściły, średni poziom morza podniósłby się o ponad 60 m. Średnioroczne temperatury na kontynencie wahają się od minus 10 st. C na wybrzeżu do minus 60 st. w głębi lądu. To na Antarktydzie, w rosyjskiej stacji Wostok, zanotowano najniższą temperaturę na Ziemi - minus 89 st. C w 1983 r.
W lodzie, w którym przez 100 lat przetrwał alkoholowy składzik Ernesta Shackletona, było bardzo zimno. Za ciepło jednak, by dobrą whisky zmrozić na kość. Nowozelandzcy poszukiwacze skarbów, którzy ją wydobyli, opowiadali, że w skutych lodem skrzynkach "coś chlupało". Niestety, mało prawdopodobne, żeby stuletniej whisky ktokolwiek się napił. Firma Whyte & Mackay, do której należy dziś gorzelnia Mackinlay i która zleciła wydobycie historycznych flaszek, zamierza za pomocą strzykawek pobrać z nich tylko próbki (by odtworzyć zagubioną w ciągu wieku recepturę), a następnie zawieźć trunki z powrotem do chatki Shackletona. Jest ona obecnie starannie restaurowana i zamieniana w minimuzeum.
Kiedyś będzie ono zapewne dostępne dla turystów.