http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nowy wspaniały e-świat, czyli piracki pedofil z Al-Kaidy

Wojciech Orliński
2012-01-26, ostatnia aktualizacja 2012-01-26 16:39

Sortownia listów w Lublinie, grudzień 2011
Sortownia listów w Lublinie, grudzień 2011
Fot. Rafał Michałowski / AG

Gdy piszę te słowa, nie znam jeszcze wyników najnowszego sporu o międzynarodową umowę ACTA. Jako urodzony pesymista obawiam się, że od tych wyników niewiele zależy

Wojciech Orliński
Fot. Marcin Klaban / Agencja Gazeta
Wojciech Orliński
SERWISY
W zeszłym tygodniu byliśmy świadkami unikalnego wydarzenia - protest amerykańskich internautów, którego najbardziej widocznym dla Polaków przejawem było zaciemnienie 18 stycznia anglojęzycznej Wikipedii, przyniósł sukces: zawieszenie prac nad kontrowersyjnym projektem ustawy.

To się zdarzyło po raz pierwszy w dziejach nakładania na internet rozmaitych kagańców - jak dotąd protesty były daremne. Odpowiadano na nie niezmiennie potężnym kontrargumentem: że nowe przepisy to niezbędny krok w walce z piractwem, terroryzmem i dziecięcą pornografią. To kończyło wszelką dyskusję. Kto chciałby mieć łatkę pirackiego pedofila z Al-Kaidy?

Gdy piszę te słowa, nie znam jeszcze wyników najnowszego sporu o międzynarodową umowę ACTA. Jako urodzony pesymista obawiam się, że od tych wyników niewiele zależy.

Być może rząd ma rację, argumentując, że ACTA nie ograniczy prawa do prywatności, wolności słowa i innych swobód w internecie - bo tak naprawdę już je bezpowrotnie straciliśmy. To jakbyśmy dyskutowali z panem Zagłobą o tym, jaki ustrój ma panować w podarowanych nam Niderlandach.

Sami sobie jesteśmy winni. Wygoda, jaką przynosi nam internet, sprawia, że nie pytaliśmy o cenę, jaką za nią trzeba zapłacić. Uwierzyliśmy, że w internecie wszystko jest za darmo, zapomniawszy, że za darmo jest tylko ser w pułapce na myszy. W czasach, w których listy pisało się ręcznie lub na maszynie, towarzyszyła im konstytucyjnie gwarantowana tajemnica korespondencji. Kto by potajemnie otwierał koperty, popełniałby przestępstwo.

Tak już nie jest z e-mailem. Czy dostawca usługi pocztowej przegląda naszą korespondencję, czy nie, to już nie jest kwestia konstytucji, tylko regulaminu świadczenia usług. Najpopularniejsi dostawcy poczty, jak choćby Google, nie ukrywają tego, że listy są "czytane" przez programy komputerowe, które dobierają dzięki temu odpowiednie reklamy.

Brzmi to niewinnie, ale wyobraźmy sobie, że coś podobnego zwykła poczta robiłaby z listami. Maszyny wyjmowałyby je z kopert, skanowały zawartość, starannie zaklejały i wysyłały dalej - razem z odpowiednio dobranym katalogiem sprzedaży wysyłkowej. Gdyby przyłapano prawdziwą pocztę na robieniu czegoś takiego, gruchnąłby niewyobrażalny skandal.

Solidna, konstytucyjna ochrona przysługuje więc tylko takiej formie komunikacji, jakiej już nie używamy - bo zbyt niewygodna. Nawet e-mail już nam nie wystarcza, przestawiamy się na wewnętrzne wiadomości w Facebooku, chociaż tam już nie ma nawet pozorów ochrony prywatności.

Gdyby od czasu do czasu w ramach wyrywkowej kontroli szefowie firm zmuszani byli do przedstawienia całej swojej korespondencji i wszystkich dokumentów, nad którymi pracują - uznalibyśmy to za skandaliczne nadużycie uprawnień. Wystarczy jednak, że ta korespondencja i te dokumenty będą po prostu na laptopie - i już jest OK.

Laptopy i telefony komórkowe poddawane są rutynowym przeszukiwaniom podczas przekraczania granicy amerykańskiej i kanadyjskiej. Nie trzeba nawet jechać do USA, wystarczy się przesiadać na amerykańskim lotnisku.

Krytycy ACTA zwracają uwagę na zapis, który można interpretować jako usankcjonowanie wyrywkowej kontroli plików na laptopach, komórkach, tabletach i przenośnych odtwarzaczach osób przekraczających jakiekolwiek granice. Obrońcy ACTA twierdzą, że traktat niczego tu nie zmienia. I bardzo możliwe, że rację mają obie strony!

Po prostu wyrywkowa kontrola jest możliwa już teraz. Owszem, z tej możliwości w Europie nie korzysta się tak skwapliwie jak w USA i w Kanadzie, ale wszystko przed nami. ACTA tu niczego nie pogorszy (ani nie polepszy).

Obawiam się, że podobnie jest z innymi kontrowersyjnymi zapisami traktatu. Internauci obawiają się na przykład, że ACTA zmierzać będzie do tego, że administratorzy internetowych serwisów będą zmuszani do inwigilowania swoich własnych klientów - ale przecież to się dzieje już teraz, choćby ze względu na przepisy zmuszające operatorów telekomunikacyjnych do tzw. retencji danych, czyli przechowywania ich na wszelki wypadek, dla ewentualnego przyszłego wykorzystania przez organy ścigania.

Nie zamierzam bagatelizować ewentualnych zagrożeń związanych z traktatem ACTA i innymi wynalazkami, które jeszcze dla nas szykują nasi politycy. Zwracam tylko uwagę na to, że problem nie zaczął się wczoraj i nie rozwiąże go zwycięstwo w sprawie jednej ustawy czy traktatu.

Wiele lat temu porzuciliśmy tradycyjne formy komunikacji na rzecz ich wygodniejszych elektronicznych odpowiedników. Nie przejmowaliśmy się tym, że w tym wygodniejszym świecie nasze prawa są znacznie słabiej chronione. Sami chcieliśmy świata bez prawa do prywatności, bez tajemnicy korespondencji, za to z powszechną inwigilacją - no to go teraz mamy...

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':