Najstarsze
graffiti w Polsce znane historykom to napis "GDI PAN BOG S NAMY WSZYTKO MIECZ BĘDZIEMY", datowany na rok 1544, które na Podkarpaciu odnalazł w XIX wieku pionier naukowej historii sztuki, prof. Władysław Łuszczkiewicz. To znaczy, że bazgranie na murach haseł zawierających deklaracje światopoglądowe jest u nas formą sztuki starszą niż teatr ("Odprawę posłów greckich" wystawiono 34 lata później!), nie mówiąc już o operze czy powieści.
W graffiti przeważnie wpisany jest jakiś element nielegalności, co jednak zaczęło nam przeszkadzać dopiero w czasach nowożytnych. Jeszcze Gloger w "Encyklopedii staropolskiej" opisywał ten proceder bez oceny moralnej: "Miano zwyczaj w Polsce umieszczać niekiedy na bramach, dworach, drzwiach, belkach i tym podobnych miejscach napisy jako maksymy moralne, wyznanie swoich przekonań, dewizy itp.".
Zaczerpnąłem te ciekawostki z albumu "Graffiti w Polsce", przygotowanego wspólnie przez profesora Tomasza Sikorskiego, jednego z pionierów sztuki graffiti szablonowego na warszawskich ulicach, i Marcina Rutkiewicza, wieloletniego konesera i promotora street artu. W odróżnieniu od poprzednich wydawnictw tego typu "Graffiti w Polsce" to nie jest tylko album, ale fascynująca próba pokazania historii tej formy ekspresji na tle naszych dziejów. Z książki wynika, że właśnie w naszą historię graffiti wpisane jest w sposób szczególny.
W Rzeczypospolitej szlacheckiej wolny obywatel "równy wojewodzie" czuł, że ma prawo napisać, co chce, jeśli akurat widział kawałek ściany. Wielkie chwile graffiti jednak przeżywało w okresie okupacji hitlerowskiej w ramach akcji "małego sabotażu" - gdy właśnie napisy i malunki na murach stanowiły jedyną realną formę oporu.
Gdy więc ktoś ma wątpliwości co do tego, czy
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego powinno wspierać sztukę graffiti (a wspiera!), proszę spojrzeć. To jest kultura sięgająca korzeniami renesansu, a do dziedzictwa narodowego wniosła tak ważne elementy jak symbole kotwicy, żółwia ("Dla okupanta pracuj powoli jak żółw") czy słynny napis "Jam tu, ludu Warszawy - Kiliński Jan" na budynku Muzeum Narodowego, w którym hitlerowcy ukryli zdjęty z cokołu pomnik.
Ciekawie w tę historię wpisuje się coś w rodzaju legalnego street artu, czyli sztuka PRL-owskiego muralu. Ubocznym skutkiem wojennych zniszczeń i powojennych wyburzeń było pojawienie się w polskich miastach wielu pustych ścian wielkości całego budynku. Ze względów estetycznych ceglane straszydła pokrywano malunkami niby-reklamowymi. Niby: bo jaki jest sens reklamować oszczędzanie w PKO, skoro nie było innej możliwości? Ale nawet de facto monopoliści, jak Centrala Rybna,
PKP czy Społem, mieli budżety reklamowe, które w jakiś sposób trzeba było zagospodarować - pomysł wydania ich na wsparcie dla głodującego artysty wydawał się najbardziej godziwy.
Słusznie: bo dzięki temu paradoksalnie peerelowska reklama stała na bardzo wysokim artystycznym poziomie. Świadczą o tym przytoczone w tym albumie historyczne zdjęcia przedstawiające reklamy zakładów Stilon i Foton, zamieniające ślepe ściany kamienic odpowiednio w podobiznę ogromnego magnetofonu szpulowego i wystylizowaną rolkę taśmy fotograficznej.
Bardzo ciekawe jest zdjęcie z roku 2007 pokazujące walkę dwóch przekazów graficznych. Ślepa ściana budynku w łódzkiej al. Kościuszki jeszcze ma na sobie opartową reklamę ZPB im. Armii Ludowej, wykonaną w 1986 roku przez Andrzeja Feliksa Szumigaja. Reklama jest już oczywiście mocno nadgryziona przez ząb czasu, niektóre detale są nieczytelne, a barwy wypłowiały - a jednak wciąż wizualnie wygrywa rywalizację ze współczesnym billboardem Carrefoura, informującym, że coś kosztuje 10,99.
Graffiti czasów PRL to nie tylko napisy "Solidarność" i "Uwolnić politycznych". To nawet nie tylko artystyczne szablony niezawierające żadnego przekazu politycznego - jakie uprawiał Sikorski. To także fascynujące reklamy! Często ci sami ludzie uprawiali graffiti "na legalu" i nielegalnie. Album przypomina działalność Włodzimierza Fruczka, który z jednej strony wykorzystywał budżet reklamowy Centrali Rybnej, informując mieszkańców miast, że jej ryby są "smaczne, zdrowe i tanie" - a jednocześnie na innych murach malował ludzkie sylwetki utrwalone w pozie jednoznacznie kojarzącej się z rozstrzelaniem.
Nazywał cen cykl "tańcem śmierci" i zaczął go tworzyć na warszawskich ulicach w roku 1970. Autorzy albumu uważają Fruczka za pioniera polskiego graffiti artystycznego. Zważywszy że pionierem polskiego graffiti polityczno-światopoglądowego był anonimowy renesansowy szlachciura z 1544 - to naprawdę jest sztuka zasługująca na pochylenie się z uwagą. Znakomite zdjęcia w tym albumie mówią zresztą same za siebie.