Gdyby w
Warszawie odnaleziono teraz zmasakrowane zwłoki pisarza powieści kryminalnych Zygmunta Miłoszewskiego, prokurator Teodor Szacki - jego bohater - stanąłby przed najtrudniejszym śledztwem w swojej karierze. Dokładnie 24 621 osób miałoby łącznie 566 283 motywy, by zabić pisarza. Gdyby to była scena z powieści Miłoszewskiego, ktoś - na przykład niezbyt rozgarnięty łysy redaktor Sokołowski - zadałby głupie pytanie, jak Szacki mógł to tak dokładnie wyliczyć. Prokurator uśmiechnąłby się z politowaniem i odpowiedział, że przemnożył populację Sandomierza przez liczbę użytych przez Miłoszewskiego określeń "prowincjonalny" (12) i "małomiasteczkowy" (11) w jego najnowszej powieści "Ziarno prawdy".
To tylko felieton, nie ma tu miejsca na poważną recenzję tego zajmującego kryminału - skupię się więc na dwóch rzeczach. Po pierwsze, teraz rozumiem, dlaczego Miłoszewski protestował, gdy recenzenci "zapisywali" prokuratora Szackiego do
PiS na podstawie powieści "Uwikłanie".
W "Ziarnie prawdy" obserwujemy Szackiego jeszcze bardziej zgorzkniałego niż w "Uwikłaniu" - sukces zawodowy z poprzedniej książki opłacił ruiną życia osobistego. W tym stanie psychicznym lepiej poznajemy naturę i światopogląd prokuratora. Okazuje się, że wcale nie jest prawicowym antykomunistą. Owszem, nienawidzi komunistycznych zbrodniarzy i ich tajnych współpracowników, ale nienawidzi ich TEŻ. Szacki jest patologicznym mizantropem, który nienawidzi wszystkich (małżonków niewiernych - bo kłamcy, małżonków wiernych - bo nudni itd.). A jeśli kogoś nie nienawidzi, to nim gardzi za to, że jest taki nijaki.
Tak jak doktor House Szacki wierzy w zasadę "wszyscy kłamią". I tak jak doktor House nie ma przez to szans na szczęśliwe życie osobiste, bo kobiety mogą się nim interesować najwyżej jako divertimento na jedną noc. Tylko anielica wytrzymałaby do drugiej nocy, a anielice przeważnie brzdąkają na lirze już komuś innemu.
No, ale tak jak chcielibyśmy, żeby to właśnie House nas diagnozował, gdyby dopadła nas jakaś tajemnicza choroba, tak samo chcielibyśmy, żeby to właśnie Szacki, który nikomu nie ufa i przejrzy każde kłamstwo, strzegł ładu i porządku.
Jednak czy taki człowiek może istnieć poza aglomeracją wielkiego miasta jak
Nowy Jork (dr House) czy
Warszawa (prok. Szacki)? Oczywiście nie - i pokazanie tego konfliktu kulturowego jest istotną częścią fabuły powieści Miłoszewskiego. Tylko że tym razem życie przegoniło wyobraźnię pisarza - i tu dochodzimy do drugiej rzeczy.
Weźmy wspaniałą scenę odkrycia pierwszego trupa. Miłoszewski opisał ją niesłychanie barwnie, używając przy tym zdań takich jak: "Nie mógł za wiele dostrzec przez brudne szyby" (...), "Przetarł rękawem szybę, ale tylko rozmazał kurz na szkle". W Warszawie taką scenę można umieś-cić w książce bez większej refleksji. Mamy tutaj szyby brudne, mamy szyby czyste, ale ich wspólną cechą jest to, że nikt nie wie, kto zajmuje się ich myciem. Jest nas w tym mieście po prostu za dużo, żebyśmy się sobą wszyscy nawzajem interesowali. Ja nie wiem, kto myje czyściutką szybę w Agorze, przez którą teraz spoglądam. Ten ktoś nie wie, kto pisze felietony w "Dużym Formacie" (zakładając optymistycznie, że w ogóle wie, że istnieje jakiś "Duży Format").
W mieście takim jak Sandomierz wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Każda szyba, czysta lub brudna, ma konkretną osobę, która za tę czystość odpowiada. Dlatego scena, która dla Miłoszewskiego jest tylko wprowadzeniem do kryminału, w Sandomierzu jest przede wszystkim zniewagą dla konkretnej pani Janeczki.
Wydawca książki chciał zrobić w Sandomierzu uroczystą premierę. Plany trzeba było zmienić, bo burmistrz odwołał imprezę - oficjalnie dlatego, że książka jest obraźliwa dla serialu "Ojciec Mateusz", który tyle dobrego zrobił dla rozsławienia Sandomierza. To oczywiście nieprawda, bo ja na przykład - obejrzawszy może z kwadrans z jednego odcinka "Ojca Mateusza" - nawet nie wiedziałem, że akcja serialu dzieje się w Sandomierzu. Prawdę mówiąc, dowiedziałem się o tym dopiero z powieści Miłoszewskiego - i znów, tak to działa w Warszawie, nie oczekuję z kolei po scenarzystach "Ojca Mateusza", że znają moje felietony. Wszyscy tu mamy swoje sprawy i za dużo się tu dzieje, żeby plotkować o pani Janeczce albo oglądać polskie seriale.
Miłoszewski w Sandomierzu - wiem to od anonimowych źródeł, których tożsamości nie udałoby się ode mnie wydobyć nawet Szackiemu - został zmuszony do przeproszenia pani Janeczki (nie zmyśliłem tego imienia) i innych osób, które nieświadomie obraził, pisząc o różnych brudnych szybach albo nierozgarniętych sklepowych.
Książka Miłoszewskiego przy okazji uświadomiła mi, jak dobrze w gruncie rzeczy czuję się w Warszawie. Mnóstwo rzeczy mnie w tym mieście drażni, ale jakie to jednak przyjemne - zupełnie anonimowo mijać zupełnie anonimowych przechodniów na ruchliwej ulicy...