http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Flipper to nie bagatela, czyli dwieście lat, panie Szczepanie!

Wojciech Orliński
2011-11-17, ostatnia aktualizacja 2011-11-16 16:13

Jeśli chodzi o flippery, moje pokolenie przeżyło pełne koło

Wydarzenie takie jak Qulturalne Mistrzostwa Polski w Grze na Flipperach (19-20 listopada, warszawska klubospółdzielnia CDQ) nie może przejść nieodnotowane w tej rubryce. To, co my nazywamy "flipperami", a świat anglojęzyczny nazywa "pinballem", jest bowiem fascynującą ilustracją subtelnych związków łączących popkulturę z demokracją.

Prapradziadkiem flipperów był bilard stołowy, w którym Ludwik XVI odnajdywał królewską przyjemność, bawiąc w swoim rekreacyjnym pałacyku Bagatelle w Lasku Bulońskim. Zabawy arystokratów przeważnie mają to do siebie, że ich niezbędnym elementem jest służący, który za graczem nosi kije golfowe, rzuca "rzutki" do strzelania albo porządkuje bile na stole.

Minęły lata, służący zrewoltowali się przeciwko Ludwikowi XVI i jego monarsza głowa sama potoczyła się jak bila do koszyka gilotyny. Gra tymczasem przez następne stulecie przechodziła ewolucję, w której bilę z kości słoniowej zastąpiono zwykłą metalową kulką, której nie wystrzeliwał już służący, tylko po prostu sprężynka.

Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie królewska bagatela przekształciła się we flippery takie, jakie dzisiaj znamy. W 1931 r. David Gottlieb dokonał fundamentalnego przełomu, jakim był bilard stołowy aktywowany wrzuceniem monety.

W czasach kryzysowych tania i absorbująca rozrywka jest potrzebna jak nigdy, wynalazek Gottlieba błyskawicznie podbił więc bary i stacje benzynowe w całej Ameryce. Nie był to jednak pinball z prawdziwego zdarzenia, nie miał bowiem tego, co w tym urządzeniu najważniejsze: czyli flipperów, sterowanych elektrycznie zbijaków, którymi gracz próbuje (z mniejszym lub większym powodzeniem) nadać tor metalowej kulce.

Tego wynalazku dokonał polski inżynier Szczepan/Steven Kordek, który w 1947 roku zaprojektował dwa flippery umieszczone tam, gdzie są do dzisiaj - na samym dole maszyny. Tak jak pomysł Gottlieba z maszyną działającą na zasadzie "wrzuć monetę", jego rozwiązanie też wzięło się z oszczędności - wcześniejsze urządzenia miały dużo zbijaków poumieszczanych w różnych miejscach.

Kordek dostał zamówienie na maszynę jak najtańszą, musiał więc wymyślić, jakie jest najbardziej logiczne rozwiązanie na minimum zbijaków (jednak dwa, bo z jednym gra byłaby już zbyt nudna) i gdzie je należy umieścić (na samym dole - bo gdzie!). Czyli: to on tak naprawdę zaprojektował pierwsze urządzenie, na widok którego zawołamy: "O, flipper, ma ktoś drobniaki?".

Pisałem już w felietonach z tego cyklu o dziwacznej polskiej chorobie, jaką jest kult inżynierów nieudaczników, którzy być może dokonaliby przełomowych wynalazków, ale biurokraci ich zaszczuli, a podwykonawcy sabotowali. Nigdy natomiast nie potrafimy uhonorować tych, którzy naprawdę dokonali popularnych wynalazków i odnieśli na tym polu sukces, a przynajmniej nie robimy tego za ich życia.

Chciałbym więc skorzystać z okazji i zawołać: toast za Steve'a Kordka! Tylko nie życzmy mu stu lat, bo będzie to życzenie mu nagłej śmierci - setne urodziny Kordek świętuje właśnie w tym roku.

Inny ważny wynalazca z tej branży - Ed Krynski, który wynalazł inny standardowy element flipperów, tzw. "grzybka" - nie dożył fetowania go w Polsce, zmarł w 2004 r. Gdybym był prezydentem, to takim właśnie Polakom dawałbym ordery - bo powinniśmy nagradzać za wdrażanie udanych wynalazków, a nie za dowodzenie przegranymi bitwami (hm, może wystartuję z takim hasłem?).

Jeśli chodzi o flippery, moje pokolenie przeżyło pełne koło. Kiedyś to była główna atrakcja wypoczynkowych miejscowości i blaszaków stawianych na skraju blokowiska z szumnym szyldem "Salon gier". Potem gdy w tych salonach zaczęły się pojawiać gry typu Zaxxon, Pac-Man albo Space Invaders - a pod dachami blokowisk atarynki i spektrusie, na których można było w to grać za darmo - flippery jakby zeszły dla nas na dalszy plan.

Ale teraz, gdy mam chwilę wolnego czasu, a jestem obok jakiegoś flippera - nie przepuszczę. Wrzucę parę monetek. Nic tak nie relaksuje i nie pozwala skupić myśli.

Patrzę na kulkę poruszającą się torem z jednej strony jakoś tam przewidywalnym, a z drugiej - jednak wciąż modyfikowanym przez czynniki losowe i widzę w niej metaforę człowieka pracy, usiłującego przetrwać na trudnym rynku, gdy z każdej strony walą w niego grzybki, katapulty i inne wynalazki polskich inżynierów.

Darmowe flippery fundują swoim pracownikom informatyczne giganty takie jak Google czy Microsoft (sam widziałem i sam w ich siedzibach trochę sobie grałem). W swoim gabinecie flippera trzyma też duński reżyser Lars von Trier i pogrywa sobie, gdy złapie go kryzys twórczy (konkretnie jest to model Creature from the Black Lagoon).

Flippery to dobre rozwiązanie na przetrwanie kryzysu i szukanie pomysłów. Może Tusk zafundował by je swoim ministrom, zamiast ich zmuszać do grania w piłkę?

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 2
  • 1
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':