Na styku cyberkultury i swobód obywatelskich dzieje się ostatnio tak dużo ważnych rzeczy, że nie mogę tego nie skomentować. Problem w tym, że prowadzą one do sprzecznych wniosków.
Równie łatwo dziś znaleźć argumenty na uzasadnienie tezy: "Nowe technologie odbiorą nam wolność", jak i na uzasadnienie tezy: "Nowe technologie nas wyzwolą". Najlepiej przedstawię obie tezy z uzasadnieniem - pozostawiając werdykt czytelnikom.
Wersja optymistyczna: nowoczesne wynalazki, jak komórka, laptop czy internet, bez wątpienia przydały się opozycjonistom czy to z placu Tahrir w Kairze, czy to z parku Zuccottiego w Nowym Jorku. Organizatorzy manifestacji porozumiewali się, korzystając z serwisów społecznościowych, a akty przemocy ze strony policji niemal natychmiast były dokumentowane i transmitowane na cały świat.
Wobec uczestnika manifestacji uzbrojonego w nowoczesny, inteligentny telefon komórkowy
policja jest praktycznie bezradna. Nie wystarczy po prostu skonfiskowanie urządzenia, zniszczenie karty pamięci i wtrącenie demonstranta za kratki.
Serwisy takie jak Flickr, Twitter, Qik czy Ustream pozwalają na prowadzenie transmisji razem z archiwizacją. To znaczy, że nawet jeśli policjant wyrwie kamerę z rąk demonstranta i zniszczy ją - nic mu to nie da, materiał wideo już jest daleko stąd i dostępny dla całego świata.
Wszystkie rządy, demokratyczne i dyktatorskie, próbują objąć sieć taką czy inną kontrolą, ale to próby skazane na niepowodzenie, bo informacja zawsze znajdzie jakąś ścieżkę. Cyberkorporacje wierne wolnościowym korzeniom internetu chętnie pomagają w wyzwalaniu informacji.
Upadający reżim Mubaraka w ostatnim geście desperacji wyłączył internet w całym kraju, ale nawet i to nie pomogło. Cybernetyczny gigant
Google uruchomił serwis telefoniczny pozwalający na dostęp do Twittera bez dostępu do internetu. Żadna tama nie powstrzyma fali cyberwolności!
Wersja pesymistyczna: nowoczesne wynalazki, jak komórka, laptop czy internet, bez wątpienia przydają się wszystkim rządom, czy to w Waszyngtonie, czy to w Damaszku, do śledzenia opozycjonistów.
Do inwigilacji niepotrzebne jest już utrzymywanie siatki tajniaków. Odpowiednie służby jednym ruchem myszki mogą się dowiedzieć nie tylko, gdzie dany figurant przebywa w danej chwili, ale gdzie był tydzień temu o 16.40.
Wszystkie rządy, demokratyczne i dyktatorskie, próbują objąć sieć taką czy inną kontrolą i są w tym na razie przerażająco skuteczne. Techniki są różne - w Oakland policja po prostu wyłączała maszty telefonii komórkowych w pobliżu demonstracji (zagłuszanie protestującym łączności komórkowej stosuje się już także w Polsce).
Inwigilację ułatwia to, że opozycjoniści porozumiewają się, korzystając z serwisów społecznościowych, wystarczy więc pilnować kilku najważniejszych, jak Twitter,
Facebook, Flickr, Qik czy Ustream, żeby mieć oko na całą opozycję.
A właściciele tych serwisów? Cóż, cybernetyczne korporacje - jak wszystkie korporacje - mają gdzieś wolnościowe korzenie i kierują się tym, co przynosi zysk.
Electronic Frontier Foundation alarmuje, że firmy takie jak Cisco czy Nortel dostarczają najstraszliwszym reżimom świata technologii służących bezpośrednio szpiegowaniu internautów.
Organizacja Reporterzy bez Granic opublikowała tydzień temu listę
kilkunastu syryjskich blogerów, którzy zniknęli bez śladu za krytyczne wypowiedzi o rządzie. Co do ich losu należy niestety obawiać się najgorszego.
Syryjski reżim może wytropić każdego internautę dzięki technologii amerykańskiej firmy Blue Coat, pozwalającej na tzw. głęboką analizę pakietów (dzięki której nawet internauta, który czuje się bezpieczny, bo używa anonimowego łącza - tak naprawdę sam siebie podsuwa służbom jak na talerzu).
Brytyjska firma Gamma International została przyłapana na tym, że dostarczała reżimowi Mubaraka swoje oprogramowanie FinFisher służące m.in. do podsłuchiwania usług z grupy
Skype. Firma na swojej stronie wita klientów po rosyjsku i arabsku, wymownie pokazując, na jakich liczy najbardziej.
Ale oczywiście nie tylko wschodni dyktatorzy chcą szpiegować internautów - niemiecki rząd także pracuje nad podrzucaniem swoim obywatelom tzw. Bundestrojaner, czyli "federalnych wirusów" pozwalających na dyskretną cyberinwigilację wszystkiego, co figurant robi na swoim laptopie.
Chciałbym wierzyć, że nasz rząd i nasze służby podobnych pomysłów nie mają - no chciałbym, ale nie umiem. Jestem urodzonym pesymistą, dlatego prywatnie wierzę w wersję drugą niniejszego felietonu.