http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wolność w pięciu smakach, czyli nie ma wolności bez wielokulturowości

Wojciech Orliński
2011-10-21, ostatnia aktualizacja 2011-10-21 16:43

Andrzej Mleczko
Andrzej Mleczko
Fot. Michal Sierszak / AG

W Tusku widzimy jedyną nadzieję na demleczkizację Polski

Wojciech Orliński
Fot. Marcin Klaban / Agencja Gazeta
Wojciech Orliński
SERWISY
"Morze, góry, lasy - panie, jaki to mógłby być piękny kraj!" - mówił kiedyś jeden bohater rysunku Mleczki do drugiego. Nawet nie pamiętam dokładnie tła tego rysunku - zdaje się, że było nim jakieś typowe peerelowskie zasyfione miasto. Ale pamiętam to zdanie, które na wiele lat wyznaczało moje motto w myśleniu o Polsce.

Mleczkę odkryłem w dzieciństwie na łamach "Szpilek" podkradanych dorosłym i to była epifania. To było to, to był prawdziwy opis tej Polski, którą miałem za oknem - a nie te "pola malowane zbożem rozmaitem" z poezji Mickiewicza i propagandy sukcesu, które wciskano nam w szkole.

Mleczko dla mojego pokolenia był tym, czym Mickiewicz, Orzeszkowa i Żeromski dla kolejnych pokoleń wyrastających pod zaborami. Był naszym wieszczem, rozdrapywaczem ran i pokrzepicielem serc. "Jak na swój wiek to nieźle się trzyma", "A skąd ja ci o tej porze wezmę obcokrajowca?", "A nie wiem, przyczepił się do mnie koło banku" - kto ma mniej więcej tyle lat co ja, ten bez trudu przypomni sobie rysunki towarzyszące tym cytatom.

Być może to zresztą wyjaśnia, dlaczego moje pokolenie, krytycznie bo krytycznie, kręcąc nosem, bo kręcąc nosem, ale jednak popiera Platformę. W Tusku widzimy jedyną nadzieję na demleczkizację Polski, bo to jedyny dostępny na rynku polityk, który wygląda, jakby narysował go ktoś inny.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało ostatnio książkę "About Polska. An Insider Guide for Outsiders". Pomyślana jest jako pisany ze znawstwem przewodnik po najważniejszych polskich miastach oraz po Polsce jako takiej dla tych, których przywiodły do nas wichry podróży służbowej lub rekreacyjnej.

Swój egzemplarz autorski wręczył mi jeden z tytułowych insiderów, redaktor Mariusz Szczygieł, sugerując, że może znajdę tu coś śmiesznego na felieton. Sugestia kierownika jest dla mnie rozkazem, ale problem w tym, że nie bardzo jest tu się do czego przyczepić. Można by oczywiście uruchomić klasyczną lewicową krytykę, że przewodnik pokazuje tylko Polskę najbogatszej garstki uprzywilejowanych, ale to nieprawda. Nie trzeba należeć do górnego 1 proc. najbogatszych, żeby znać smak klasycznego zestawu nadmorskiej smażalni: frytki, flądra i surówka z białej kapusty. A to właśnie jedno ze zdjęć ilustrujących rozdział o polskiej gastronomii. Restauracja Rozbrat 20 polecana przez Szczygła nie należy do najtańszych, ale w swoim tekście poleca on dwa inne miejsca, którymi rozkoszować się można całkowicie za darmo: Galerię Jabłkowskich i Skład Modernista. Anne Applebaum zachwyca się zaś polskim zwyczajem zbierania aromatycznych grzybów w lesie i kupowania jajek prosto od gospodarza - to nie są przecież jakieś przywileje dla najbogatszych.

Nie trzeba też wielkich pieniędzy, żeby podziwiać piękno bieszczadzkich połonin, warszawskich ogrodów na dachu BUW-u czy dolnośląskich zamków. Owszem, z czasów studenckich dobrze pamiętam, że połoniny nie zawsze są takie złocistojesienne jak na zdjęciu w tej książce. W listopadzie potrafią być, w rzeczy samej - nawet dość paskudne, no ale nie wymagajmy już od Polski, żeby każdy jej zakątek był piękny przez 365 dni w roku.

Pozostaje mi czepianie się drobnych błędów, które się tu wkradły. W rozdziale o etnicznym składzie polskiego społeczeństwa szczególnie uderzyło mnie zdanie o wietnamskich restauracjach, które rozkwitły "w ostatniej dekadzie". "Ostatnia dekada" to raczej czasy rozkwitu kebabowni. Wietnamskie restauracje, od takich aspirujących do elegancji po najprostsze uliczne budki, rozkwitły wraz z odzyskaniem wolności.

Zresztą obie rzeczy są ze sobą związane, przecież trzon wietnamskiej mniejszości tworzyli ci, których totalitarny reżim wypuścił do bratniego PRL w ramach współpracy gospodarczej albo wymiany uniwersyteckiej. Gdy u nas nastała wolność - woleli tu zostać. Przez dwie dekady zdążyli tu wychować dzieci, które weszły już w dorosłość i są Polakami pochodzenia wietnamskiego. Mówią po polsku bez akcentu, w szkole odebrali należytą dawkę mesjanizmu i martyrologii. Wrośli w naszą etniczną mozaikę, która - plus dla autorów przewodnika za podkreślenie tego - nie jest wcale taka jednolita, jak by to głosił mit "Polaka katolika". Nie ma wolności bez wielokulturowości.

Przewodnik zaczyna się od ostrzeżenia czytelnika, że jeśli ma tylko ogólne wyobrażenie Polski, albo nawet był tutaj, ale dziesięć czy pięć lat temu, zaskoczy go to, jak ten kraj wygląda teraz. Rzeczywiście, pięć lat temu jeszcze przecież IV Rzeczpospolita była u szczytu potęgi, termin rozpoczęcia budowy kluczowych autostrad był wielką niewiadomą - a teraz co tydzień otwarcie nowego odcinka. Wietnamczycy byli chyba pierwszą dużą grupą, która przewidziała taki ciąg wydarzeń już dwadzieścia lat temu.

Źródło: Duży Format
  • 2
  • 18 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    44 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':