http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

MTV

Krzysztof Varga
2011-07-07, ostatnia aktualizacja 2011-07-13 08:47

czyli rozpacz po latach

Krzysztof Varga
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Krzysztof Varga
ZOBACZ TAKŻE
Przeprowadziłem na sobie pewien mały eksperyment, spędziłem mianowicie cały dzień, coś z dziesięć godzin, oglądając w kółko MTV. Być może powinienem przeprowadzać go pod opieką jakiegoś naukowca, który mógłby później zbadać, jakie nieusuwalne zmiany nastąpiły w moim mózgu na skutek takiej dawki owego programu, byłoby to dosyć ciekawe. Naturalnie nie przeprowadzałem owego eksperymentu z powodu dojmującej nudy, lecz z przyczyny rocznicowej. Otóż niebawem, 1 sierpnia, obchodzić będziemy 30. rocznicę powstania tej słynnej stacji muzycznej. Przykrą wiadomością dla nas jest to, że dla świata 1 sierpnia 1981 roku jest zdecydowanie ważniejszą datą niż dla nas rocznica innego 1 sierpnia, historia nie jest sprawiedliwa i dlatego jest tak ciekawa.

O MTV, która zmieniła jeśli nie cały świat, to świat kultury, a jeśli nawet nie świat kultury, to na pewno rewolucyjnie zmieniła świat popkultury, można pisać eseje, elaboraty oraz doktoraty i zapewne takie powstały. Ja nie porwę się na taki zamach, porwać się mogę na garść osobistych wspomnień i kilka współczesnych refleksji.

Otóż MTV dotarła pod mój dach jakoś na początku lat 90. i było to wielkie przybycie, całe wieczory i noce spędzałem, oglądając tę stację, setki godzin zmitrężyłem na zachwycanie się teledyskami wykonawców, których miałem nagranych na kasety, był to zresztą czas oficjalnego piractwa i przegrywalni płyt, gdzie za drobną opłatą dobrzy ludzie przenosili bezcenne kompakty na kasety właśnie. Najosobliwiej czas mitrężyłem, oglądając każde chyba wydanie takich programów jak "Alternative Nation" czy "120 Minutes", choć nie tylko, do dziś pamiętam nazwiska niektórych prezenterów, jak Paul King czy Marijne van der Vlugt, są to nazwiska dziś zapomniane. Były to czasy piękne, ponieważ odkrywałem nowy wspaniały świat, oglądanie przez całą noc YouTube to nie to samo, uwierzcie mi, wiem, co mówię. Naturalnie, YouTube daje mi możliwość obejrzenia pięć razy z rzędu teledysku, na który akurat mam ochotę, ale nie daje mi możliwości, by ktoś mi o tym teledysku opowiedział.



MTV, jak sądzę, jest odpowiedzialne za to, że muzyka pozostała dla mnie jedną z podstaw codzienności, że dzięki tej stacji poznawałem zespoły i otwierałem się na nowe style. To jednak była pierwsza połowa lat 90., potem już z tą stacją nie miałem do czynienia zupełnie, aż do teraz.

Naturalnie wiedziałem, że z MTV coś się stało straszliwego, że miejsce muzyki zajmują coraz częściej programy w stylu "Jackass", ale nie obchodziło mnie to raczej, dla mnie była to już przeczytana, zamknięta i odłożona książka, z okazji jednak zbliżającej się owej 30. rocznicy zdecydowałem się na ów samobójczy eksperyment.

Teraz rzecz będzie o tym, jak siedząc przez te dziesięć godzin przed telewizorem, zamieniałem się w jedno wielkie zdumienie. Otóż przez owe dziesięć godzin (powtarzam ten czas dla wzmocnienia efektu) nie zarejestrowałem tam ani jednej piosenki, ani jednego teledysku, nul absolutne. Zarejestrowałem za to kilka zdumiewających zupełnie programów, które zmieniały się co pół godziny, choć wyglądało to jak jeden program; zmieniały się głównie twarze, choć zmieniały się też często pośladki.

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie wszystkich programów, tyle powiem, że generalnie chodziło wyłącznie o umawianie się na randki, było to targowisko ciał, wszyscy się tam wciąż umawiali, wszyscy mieli po mniej więcej 20 lat i takiej wartości IQ. Na początek dam relację z programu "Szał ciał". Jest to dynamiczny program, w którym trzech kolesiów ocenia pięć pań - ocenia szybko i fachowo - twarz, ogólny wygląd oraz pośladki właśnie, rywalizacja była wyrównana, pani, która miała najlepszy tyłek, bardzo się ucieszyła, potem panie recenzowały panów w samych bokserkach, finał, napisy końcowe, jedziemy dalej. "Randka z moją matką" była słabsza, jeden chłopak umawiał się z matkami trzech dziewcząt, które go namawiały, żeby właśnie jej córcię wybrał na randkę, było to ewidentnie zakamuflowane stręczycielstwo. Był jeszcze program "Next": jeden chłopak (w innej wersji jedna dziewczyna) wybierał sobie z pięciu dziewczyn (pięciu chłopaków) jedną, z którą chciał mieć randkę, jak mu się któraś nie podobała, mówił krótko: next! Bo na przykład miała za duże zęby. Z pewnością handlarze trzodą chlewną mają więcej atencji do przedmiotu swego handlu.



Bardzo niemiło się zrobiło przy programie "Parental control": dwóch młodzieńców rywalizowało o jedno smętne nieszczęście, mieli spędzić noc w domu jej i jej rodziców, żeby rodzice wybrali, który absztyfikant się bardziej nadaje dla ich córki, a który ma się zmyć i nigdy nie wrócić. Pech adoratorów polegał na tym, że tata okazał się byłym gliniarzem i strażnikiem więziennym o ciele dużym i agresywnym. Tata dawał zadania, przeszukiwał ich rzeczy, zakuwał w kajdanki, na noc zamykał w celi, kazał chodzić w więziennym kombinezonie, cały program właściwie polegał głównie na upokarzaniu jego bohaterów.



Właściwie wszystkie te programy były o upokarzaniu ludzi, którzy dawali się upokarzać z radością, ponieważ nie wiedzieli, że są upokarzani. Wiedzieli, że będą w telewizji, i to było dla nich istotne, nie zaś to, że ileś milionów widzów będzie z nich szydzić. To się nazywa umiejętne zarządzanie emocjami, każdy chętnie sprzeda resztki swojej godności za minutę na ekranie. W tym sensie MTV jest chyba doskonałą i stężoną egzemplifikacją dzisiejszej telewizji w ogóle. Tworzy i wzmacnia nowe trendy, jest nadal w forpoczcie.

W okolicach ósmej godziny oglądania byłem już zupełnym mułem, a właściwie znajdowałem się w czymś w rodzaju stuporu telewizyjnego, który polega na tym, że nie jest się w stanie już przyjąć większej dawki, ale jednocześnie nie ma się siły, by sięgnąć po pilota i dokonać uwalniającego kliknięcia. Kiedy zatem zatapiałem się w swojej narastającej mułowatości, pojawił się na ekranie program pod tytułem "Penetratorzy", który na chwilę mnie ożywił swoim tytułem, niestety, po tej chwili zrozumiałem że to polski tytuł programu "Room Raiders". Raider w tym programie przeczesywał pokoje, a osobliwie garderobę, a jeszcze osobliwiej bieliznę trzech kandydatek zamkniętych w furgonetce. Po owej penetracji miał zadecydować, z którą pójdzie na randkę. Nie pamiętam, którą wybrał, straciłem jakąkolwiek percepcję.



Moje dziesięć godzin było jedynie eksperymentem, punktem wyjścia do napisania tego felietonu, natomiast zastanawiam się, jak odbierają to, jak wchłaniają miliony widzów, dla których telewizja jest nie tylko sposobem zabijania czasu, ale przecież też silnym wzorcem budującym ich postawę wobec świata, jak takie oglądanie przekłada się na ich światopogląd i codzienne zachowania.

Nie chcę tu wchodzić w odwieczny banał, że świat się zmienia, świat się nie zmienia od swojego początku, zmienia się wyłącznie ludzkość.

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 3
  • 1
  • 2
  • 20 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    74 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':