http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Świat skończy się errorem, czyli jestem niemobilny

Krzysztof Varga
2012-02-02, ostatnia aktualizacja 2012-02-02 18:18

Okładka płyty ''Born To Die'', Universal Music
Okładka płyty ''Born To Die'', Universal Music
Fot. Nicole Nodland AP

Ja kulturę pozbawioną formy gorzej odbieram

Krzysztof Varga
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Krzysztof Varga
SERWISY
Koszmarny sen mnie obudził kilka dni temu nad ranem, za oknem szarzał zimny świt, a ja dygotałem i pociłem się. Śniło mi się bowiem, że przestał istnieć serwis YouTube. Było to zapewne związane z tym, że poprzedniego wieczoru oglądałem w nim teledyski Lany Del Rey, wiadomo - najgorętsza obecnie sprawa w dziedzinie popkultury, trzeba było szybko odrobić lekcje i zapoznać się z tym nowym pięknym objawieniem, względnie nowym wielkim przekrętem. Ale był też inny, poważniejszy powód moich nocnych koszmarów, mianowicie sprawa ACTA. Od momentu rozpoczęcia tej nagłej - dla mnie zupełnie niespodziewanej i zaskakującej - afery śledzę intensywnie wszystkie tyczące jej doniesienia prasowe, a nade wszystko poświęcone temu analizy, polemiki, wywiady. Nie było u nas od dawna tak istotnej debaty, debaty tyczącej nie naszych nudnych, choć tak bardzo wszystkich ekscytujących doraźności, ale debaty wokół sprawy, która będzie miała kolosalny wpływ na naszą przyszłość, na przyszłość właściwie całej ludzkości, a przynajmniej tej części, która korzysta z internetu, a więc pokoleń dzisiejszych ludzi młodych i w średnim wieku. Jeśli jest coś, co jednoczy lewicę i prawicę, Antifę i Młodzież Wszechpolską, to znaczy, że jest to sprawa fundamentalna, dziś bowiem wyrasta nam przecież nowy ruch ponadpartyjny, ponadpolityczny, a wręcz ponadnarodowy, czyli społeczeństwo internetowe. I wygląda na to, że jest to międzynarodówka, z którą trzeba się będzie mocno liczyć, że póki co rządy i korporacje szykują się do wspólnych pogróżek, ale widać przecież, że zaczynają co nieco mięknąć, spodziewam się, że to mięknięcie będzie narastało, jasne jest przecież, że mają pojęcie, jakim przeciwnikiem może się stać dla nich w przyszłości ta technologiczno-anarchistyczna międzynarodówka, że już się powoli staje.

Osobiście, jak mówiłem, nie mam jeszcze - gdy to piszę - wyklarowanego stanowiska w sprawie ACTA, przemawiają do mnie różne, skrajnie polemiczne w stosunku do siebie argumenty, a więc sprawa jest tym bardziej elektryzująca. To nie jest spór o to, czy samolot zderzył się z brzozą, czy też nie, ale o to, jak będzie wyglądał świat w przyszłości, czy będzie to świat pełnej dostępności do sfery szeroko pojętej kultury i jej upowszechniania, dostęp nieograniczony i darmowy, czy też zaciekła walka z piractwem, ochrona owych praw autorskich, czy też świat inwigilacji poprzez sieć. Albowiem ja z jednej strony jestem za obroną wszelkich praw autorskich, z drugiej zaś za poszerzaniem wolności i tego, bym mógł sobie oglądać swobodnie wszelkie klipy na YouTubie, a na pewno jestem przeciw inwigilacji poprzez sieć, przeciw penalizacji, choć przecież jestem też przeciw kradzieży - zarówno twórczości, jak i czyichś danych. Dlatego ta sprawa jest tak ciekawa i potencjalnie rozwojowa, albowiem jeśli prawdą jest, że sprawę ścigania i karania wezmą na siebie wielkie korporacje rękami bezwzględnych prawników, to filmowa rzeczywistość stanie się realnością.

Od dawna też uważam, że świat nie skończy się katastrofą na skutek uderzenia meteorytu czy wojny jądrowej, także nie jakimiś straszliwym biologicznym atakiem nieznanego wirusa, nie skończy się terrorem, ale globalnym errorem. Najprawdopodobniej bowiem, wedle mojej futurologicznej wizji, końcem świata będzie globalna awaria internetu i sieci komórkowych. Dziś może jeszcze nie byłby to Armagedon, ale za jakiś czas już na pewno tak. Ludzkość po prostu wyginie, przeżyją tylko rośliny i zwierzęta.

Należę do tych, którzy nie potrafią żyć bez internetu, ale nie potrafię również żyć bez papierowych gazet i tygodników, a więc jestem formą przejściową pomiędzy dwiema cywilizacjami i epokami. Pochlebiam sobie, że poprzez to właśnie, że czytam gazety i korzystam z internetu, należę do tych, którzy korzystają z kultury aktywnie, a nie biernie, jak ci stawiający wyłącznie na telewizję, przed telewizją się bronię, choć naturalnie nie zawsze mi się to udaje, bierność jest bowiem zawsze opcją niezwykle kuszącą. Jak już nadmieniłem, śledzę wszelkie publikacje na temat ACTA, większość z nich jest niebywale wręcz ciekawa, bo odkrywa przed nami fragmenty świata mało znanego. Zaintrygował mnie więc naturalnie wywiad, jaki ukazał się w "Gazecie" z socjologami Mirosławem Filiciakiem i Alkiem Tarkowskim. Jest tam wiele spraw do cytowania i rozpowszechnia, w ogóle uważam, że tym wywiadem powinni wszyscy się dzielić za darmo i go rozpowszechniać, zatem jest tam zdanie, że akurat użytkownicy sieci to ci, którzy najbardziej uczestniczą w oficjalnej wymianie kulturalnej, ci, co ściągają i się wymieniają, należą do tych, którzy najczęściej też dobra kultury kupują. Ja nie ściągam akurat, ale wszak zdarzało się, że oglądając piracko wrzucane do sieci teledyski oraz odsłuchując różne płyty, podejmowałem decyzję, czy ową płytę kupić, czy nie, dla mnie była to próbka towaru, jak przymierzanie spodni w sklepie, jeśli pasują, to kupuję. Dopóki mi się nie zniszczą, to noszę i nie wyrzucam. Z wywiadu jednak dowiaduję się rzeczy zastanawiającej i wstrząsającej: "Nasze kolejne zdziwienie dotyczyło tego, że nawet najpokaźniejsze kolekcje internautów nie są ogromne, na poziomie średniej nie ma mowy o setkach plików na twardych dyskach. Raczej dominuje filozofia: obejrzeć i do kosza". Do kosza? Jak to do kosza? Powiedzieli, że do kosza? Ano powiedzieli. Ale wszak przecież kolekcjonowanie dzieł kultury to największa radocha, jaką można sobie zafundować, przeglądać sobie czasami swoją kolekcję, ustawiać w innym porządku, choć w pewnym momencie bywa to już niemożliwe i musi nadejść dzień, w którym trzeba kolekcję przewietrzyć. Ale do kosza? Zgroza. Niebywałe. Po jakimś czasie zrozumiałem jednak, w czym rzecz. Otóż zdarza mi się dostawać od wydawców przecież nie książki, ale ich szczotki, czyli wydruki nieróżniące się zawartością, lecz jedynie formą - luźne kartki, bez okładek. Czytam, a potem wyrzucam. Nie zbieram szczotek, zbieram książki. Jak dostanę CDR z nagranym na nią filmem, taką chamską płytę z koślawie napisanym flamastrem tytułem i bez okładki - oglądam i wyrzucam. Jak mnie film zachwyci, to sobie kupię na DVD, jak mnie książka oczaruje, to szczotki i tak wyrzucę i nabędę książkę w formie książkowej, a więc z okładką i zszytymi czy sklejonymi stronami. Idzie tu bowiem nie o treść, lecz o formę, ja kulturę pozbawioną formy czy też opakowania gorzej odbieram. Koszmar jednak polega na tym, że moje zbiory ograniczają moją mobilność, z przerażeniem wszak myślę o jakiejś przeprowadzce, o pakowaniu tego wszystkiego w kartony, przewożeniu, rozpakowywaniu. A przecież nie potrafię wyrzucić wszystkiego do kosza, a jak mi przyjdzie ochota kiedyś jeszcze raz zobaczyć czy wysłuchać to ściągnąć sobie z sieci. Przez swoje zacofane przywiązanie do kolekcji, a więc do rzeczy, staję się niemobilny, a więc archaiczny. Kultura, którą zbieram, mnie ogranicza. Ci, którzy oglądają, słuchają i wyrzucają do kosza, są po prostu ode mnie bardziej wolni.

Źródło: Duży Format
  • 6
  • 3
  • 7
  • 3
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    61 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':