Ostatnio, będąc w sytuacji imprezowo-towarzyskiej, rozmawiałem z dwojgiem młodych krytyków literackich i kwękałem strasznie, że brakuje mi kulturalnego sporu i debaty w polskich wiodących tygodnikach, w których rzeczeni autorzy piszą. Owszem, są recenzje, wywiady i portrety, ale jak coś jest tzw. tygodnikiem opinii, to powinno mieć też wyraźną opinię w kwestiach kultury, a nie tylko polityki. Oni zaś tłumaczyli mi cierpliwie, że nie ma o czym debatować, nie ma tematu, to nie jest wcale ciekawe, ani trochę, polska literatura nie nadaje się do sporu, jest nudna i tyle. Otóż uważam, że to nieprawda, że jest się o co spierać, że niestety wiodące media w tym kraju raczej masują się tym, kto co komu powiedział w telewizji, a nie widzą sprawy ważniejszej, kultury polskiej mianowicie. Niebezpiecznie wpadam w tony patetyczne, ale w końcu to jest nasze dziedzictwo, a nie to, że jeden poseł drugiego brzydko nazwał, to jest jedynie pożywka dla mediów, dla historii Polski to nie ma żadnego znaczenia, jest jak zeszłoroczny śnieg. Literatura, teatr, film zaś to coś, co pozostanie, tu przecież idzie najważniejszy spór, o to się powinniśmy kłócić, a nie o to - z całym szacunkiem dla zmarłych - kto był, a kto nie był w kokpicie tupolewa. To już nic nie zmieni, naprawdę nie przywróci życia ludziom, trochę ciszej nad tymi trumnami, trochę głośniej nad polską kulturą, póki ona jeszcze nie jest w trumnie.
Piszę o tym dlatego, że właśnie przeczytałem książkę Andrzeja Horubały "Żeby
Polska była sexy i inne szkice polemiczne". Otóż Polska jest sexy niemożebnie, jak myślę o Polsce, to się od razu podniecam, wszystko, co o Polsce jest pisane, mnie strasznie kręci, jak nawet słyszę tylko słowo "Polska", to już się rajcuję. Książka Horubały jest zbiorem tekstów głównie z "Uważam Rze" i "Rzeczpospolitej", na których to łamach regularnie pisuje on o kulturze, i naprawdę jest to dzieło, w którym widać poważną troskę autora o polską kulturę oraz polemiczną złość. Nie żartuję wcale, temu facetowi naprawdę o coś chodzi, nie o jakieś miazmaty, ale o poważne rzeczy, o wartości i idee. Na stronie "Gazety Polskiej" obejrzałem piętnastominutową rozmowę z Horubałą, gdzie mówi on, że jak obejrzy spektakl, który mu się nie podoba, to jest tak nabuzowany złością, że musi to sublimować w zaangażowany tekst. No i nie ma rzeczywiście w tej książce tekstu niezaangażowanego, tam bucha od zaangażowania, niestety, moi młodzi znajomi z liberalnych tygodników nie buchają takim zaangażowaniem, szkoda wielce. Teksty Horubały zebrane w "Żeby Polska była sexy" byłyby naprawdę bardzo ciekawe, gdyby nie wpadał co jakiś czas autor w tę idiotyczną narrację o "salonie krakowsko-warszawskim", co jest jakąś upiorną mantrą prawicowych publicystów, ile na Boga można tego słuchać i czytać? I gdyby Horubała nie odlatywał co jakiś czas w swoje religianctwo, przepraszam za obrazę uczuć religijnych, ale to, że nie jestem wierzący, nie oznacza automatycznie, że jestem gorszy, zawsze mnie jakoś dziwił deficyt tolerancji wśród dobrych prawdziwych katolików, wydawało mi się, że jak ktoś jest zdeklarowanym chrześcijaninem, to powinien przejawiać więcej miłości bliźniego. Ale żeby było jasne - Horubała nie jest łopatologicznym publicystą, to jest pisarz z dorobkiem, krytyk literacki, w swojej książce strasznie przeżywa udział w kulturze, jego teksty o teatrze na przykład to jest mistrzostwo, czytałem je z przyjemnością i zazdrością. Nie mam tu pełnej kompetencji merytorycznej, bo po prostu nie widziałem tych spektakli, o których autor pisze, ale na czuja rozumiem, o co Horubale chodzi, on walczy z polskim teatrem i to jest walka szlachetna. Miażdży on polski teatr współczesny, tak miażdży, że chyba naprawdę się wybiorę na spektakle Strzępki i Słobodzianka, żeby skonfrontować to, co pisze Horubała, ze swoim odczytaniem tych spektakli, od dawna żadna pochwalna, ba, entuzjastyczna recenzja nie zachęciła mnie do wizyty w teatrze jak te negatywne Horubały.
Oczywiście przeczytałem tę książkę dlatego też, że Horubała mi tam dowala personalnie, moja miłość własna niestety też była przyczyną sięgnięcia po to dzieło, a nie tylko marka autora i seksowny tytuł. Chodzi Horubale o mój felieton o Brunonie Jasieńskim, gdzie broniłem tego futurysty, pyta w tym tekście Horubała, kiedy będę się wstydził za swój tekst, w którym gloryfikuję tego komunistycznego poetę. Otóż spodziewam się, że nie będę się wstydził do śmierci, ponieważ Bruno Jasieński wielkim poetą był i ofiarą komunizmu, brutalnie zabity przez Sowietów, ot co. Horubała zaś zarzuca mi tam, że napisałem tekst szyderczy. Faktycznie trzeba przyznać, Horubała nie jest szyderczy i szyderczość mu się nie podoba, właściwie to nie przejawia raczej wyraźnych oznak poczucia humoru, każdy przecinek w jego tekstach jest śmiertelnie poważny, przyznaję, że zawsze zazdrościłem ludziom śmiertelnie poważnym, jak jeszcze idzie za tym przekonanie o własnej wyższości moralnej i nieomylności, to zazdrość moja jest już pełna, ja naprawdę chciałbym być tak przekonanym do swojej słuszności i swej pozycji moralnej jak Horubała. W ogóle zazdroszczę polskiej prawicy katolickiej ich nieomylności i słuszności moralnej, tego wysokiego tonu, którym wszystkich niesłusznych ideowo pouczają i łajają. Ja nie jestem lewakiem ani też prawakiem, jestem raczej centrakiem, jest to pozycja najgorsza, bo się dostaje i z prawej, i z lewej strony w głowę, zawsze będzie się niesłusznym, ponieważ słuszność jest zaklepana dla dogmatyków, a ja na przykład z wiekiem mam coraz więcej różnych wątpliwości i pytań, na które nie mam dobrej odpowiedzi. Zapewne przez słusznych kolegów byłoby to nazwane relatywizmem i permisywizmem, niech tak będzie - jestem relatywistą, ponieważ prócz koloru czarnego i czerwonego widzę także inne barwy. Horubała nie jest przecież jedynym, który mnie słusznie potępił, mogę się pochwalić, że na stronie internetowej "Krytyki Politycznej" też mnie wyzywano, akurat nazwano mnie tam "knurem polskim", Horubała, trzeba przyznać, jest jednak o wiele elegantszy. Namawia mnie głównie do
lektury "Dzienniczka" siostry Faustyny, zawsze chętnie słucham ciekawych poleceń. Póki co rozmyślam o książce Horubały, to jest akurat rzecz, którą polecam każdemu przeczytać, bo obok tej książki przejść obojętnie nie można. Choćby dlatego, że spiera się tam przecież nie tylko z moją skromną osobą czy z Wajdą, Stasiukiem i Słobodziankiem, ale bliski memu sercu jest konflikt Horubały z Rymkiewiczem i Wenclem, których oskarża o rodzaj nekrofilii i żerowanie na hekatombach, takich jak Powstanie Warszawskie czy katastrofa smoleńska, która urosła przecież już do poziomu religii. Horubała zaś uważa, że na tragedii śmierci nie powinno się zbijać kapitału politycznego czy artystycznego. I to są święte słowa. I to jest prawdziwa postawa chrześcijańska.