http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie być aptekarzem, czyli Allen gra jazz

Krzysztof Varga
2012-01-12, ostatnia aktualizacja 2012-01-12 17:44

Woody Allen gra w Sali Kongresowej, grudzień 2008
Woody Allen gra w Sali Kongresowej, grudzień 2008
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta

Oglądanie starych Bondów jest dla mnie filmową magdalenką

Krzysztof Varga
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Krzysztof Varga
SERWISY
Pod choinkę, której zresztą nigdy nie mam w domu, sprawiłem sobie prezent, ponieważ lubię sobie sprawiać prezenty, są to zazwyczaj prezenty oczywiste, nie ma co ukrywać, są to zawsze jeśli nie boxy muzyczne, to boxy z filmami. W ledwo co minione święta sprawiłem sobie zatem pudełko z pięcioma filmami Woody Allena, w tym - Sensacja! Po raz pierwszy w Polsce na DVD! Marzenie spełnione! - "Przejrzeć Harry'ego". Aby być szczerym do bolesnego końca, przyznaję także, że innego jeszcze prezentu zażyczyłem sobie od rodziny, mianowicie boxu, a wręcz pudła ze wszystkimi dotąd nakręconymi Bondami, w sumie 22 filmy. Bondowych specjalistów, nieprzyjemnie czepialskich i anonimowych autorów postów na forum, informuję przy okazji, że wiem, iż był także Bond nieoficjalny, czyli "Nigdy nie mów nigdy więcej" - posiadam go już od dawna. Tak mi więc upływa początek apokaliptycznego roku 2012, właściwie wieczór w wieczór oglądam jak nie Bonda, to Allena, czekając spokojnie na koniec świata, względnie na tsunami kryzysu finansowego, oglądanie Bonda i Allena pozwala mi nabrać dystansu do tak błahych wydarzeń jak koniec świata czy wielki kryzys finansowy. Owszem, widziałem przecież już wcześniej wszystkie Bondy i wszystkie Alleny, repeta z klasyki jednak sprawia mi coraz większą przyjemność, zamieniam się być może w inżyniera Mamonia, ale przyznajmy, że bycie Mamoniem niesie ze sobą niebywałe wręcz przyjemności, a poniekąd także pewnego rodzaju wzniosłość, ponieważ Mamoń świadomy swojej mamoniowatości staje się prawdziwym koneserem, ja w sposób koneserski oglądam obecnie Bondy i Alleny, w sposób wzniosły, a więc także melancholijny, owszem - oglądanie Bondów może być w niezwykły sposób melancholijne oraz nostalgiczne, rzekłbym wręcz, ocierając się o pretensjonalność, iż oglądanie starych Bondów jest dla mnie filmową magdalenką.

Pudełko z Allenem - kolejne z allenowskich pudełek w moim posiadaniu - zawiera, prócz "Przejrzeć Harry'ego" także cztery inne filmy: "Strzały na Broadwayu", "Jej wysokość Afrodyta", "Celebrity", "Wszyscy mówią: kocham cię" oraz film dokumentalny o samym Allenie pod tytułem "Wild Man Blues", który akurat skłonił mnie do pewnych, nie do końca radosnych, refleksji. Jest to zapis trasy koncertowej jazzowego zespołu Allena przemierzającego Europę Zachodnią: Francję, Włochy, Hiszpanię. Fragmenty rejestrujące występy tego ansamblu - przyznaję - przewijałem, gdyż jest ten cały jazz nowoorleański muzyką dość upiorną, tego się właściwie słuchać nie da, tym bardziej w wykonaniu Allena. Naturalnie jestem pełen podziwu, że ten neurotyczny facet z Manhattanu założył zespół i gra ten straszliwy nowoorleański jazz dla własnej przyjemności, jest to kolejna mocna poszlaka, że każdy porządny artysta, czy to reżyser, czy pisarz, tak naprawdę marzy o tym, żeby być muzykiem, wybór bycia aktorem, reżyserem bądź pisarzem często, jak mniemam, bierze się z niezrealizowanych fantazji o byciu muzykiem, jak jest z malarzami, to nie wiem, nie wiem bowiem, czy mają oni w ogóle jakieś fantazje. Nikt inny tak jak muzyk nie ma bezpośredniego kontaktu z widownią, żaden pisarz czy reżyser nie zdobędzie nigdy takiego uwielbienia mas ludzkich jak muzyk, Allen to dobrze wie i mimo całej swej mamuciej wręcz neurozy decyduje się na ten bezpośredni kontakt z publiką. Z "Wild Man Blues" wynika zresztą jasno, że jest to mężczyzna jeszcze bardziej zneurotyzowany niż bohaterowie jego filmów - bohaterowie są zabawni, prawdziwy Allen, zdaje się, zabawny raczej nie jest, lecz jedynie epatujący hipochondrią, natręctwami i swoistą socjopatią. Tylko ludzie przepełnieni szlachetnym kalectwem emocjonalnym są w stanie tworzyć rzeczy wściekle zabawne.

Jest w tym filmie znamienna scena finalna, gdy Allen wraca do Nowego Jorku z owego tournée i odwiedza rodziców, ludzi wiekowych, bo dociągających setki. Jak on się wtedy nagle zmienia! Robi się miły, robi się ciepły, uśmiecha się, znika ten spięty intelektualista, kiedy pokazuje rodzicom nagrody, jakie otrzymał w Europie - bynajmniej nie za granie koszmarnego jazzu, lecz za filmy - wygląda wtedy jak chłopiec chwalący się nowymi zabawkami, to jest w pewien sposób wzruszające, kiedy dorosły mężczyzna chwali się przed rodzicami, że gdzieś został doceniony, choć sami rodzice wszak, jakżeby inaczej, go nadal nie doceniają. Matka jest niezadowolona, że jej syn, wówczas ponadsześćdziesięcioletni, nie spotyka się z jakąś miłą Żydówką, ojciec zaś powtarza nieco maniakalnie, że jednak lepiej byłoby, gdyby Woody został aptekarzem, aptekarz, jak wiadomo, to jest porządny zawód, aptekarz zawsze będzie miał pracę, ponieważ ludzie zawsze będą chorować, a im dłużej żyją, tym chorują bardziej i dłużej, popyt na aptekarzy jest wręcz nieśmiertelny, można nawet powiedzieć, że profesja aptekarza to jest zawód z wielką przyszłością, kręcenie kina artystycznego przyszłość ma dosyć umowną. Otóż, z pewną dozą uogólnienia, rzec można, że jednak rodzice są nieszczęściem ludzkości, bywa jak widać często, że jeśli dziecko, nawet sześćdziesięcioletnie, osiągnie światową sławę i mistrzostwo w tak zasadniczej dyscyplinie jak kinematografia, to nadal będzie rozczarowaniem dla rodziców, którzy chcieliby z niego zrobić aptekarza. Cóż z tego, że aptekarze nie przechodzą do historii sztuki, wybitni reżyserzy zaś raczej jak najbardziej, aptekarz pozostaje zawodem wymarzonym dla naszego dziecka, reżyser filmowy zaś - wiadomo - to nie jest porządna profesja. Imponujące, jak bardzo rodzice czasami przykładają się do upupiania swego potomstwa, z jaką determinacją starają się je wcisnąć w aptekarski banał.

Otóż ja mogę oglądać filmy Allena nieustannie, właściwie to roczne przerwy między premierami jego nowych filmów to już dla mnie za długo, mógłbym co miesiąc oglądać nowy film Allena - z aptekarzami chcę mieć jak najmniej do czynienia. Całe szczęście Allen robi filmy, a nie sprzedaje tabletki, co więcej - robi głównie filmy o artystach, a nie o aptekarzach, cóż, że raczej o artystach nieudanych, nieudolnych bądź artystach wyraźnie nie formie; nawet nieudany artysta jest ciekawszy od udanego aptekarza. Tak jak Harry Block, pisarz z "Przejrzeć Harry'ego", mężczyzna po przejściach, z zagmatwanym życiem osobistym i blokadą pisarską, jawi mi się, że to jedna z moich ulubionych postaci filmowych. Ciekawe zresztą, jak często Allen swoimi bohaterami robi pisarzy, naturalnie pisarzy z mocno umiarkowanym sukcesem czytelniczym, względnie usiłujących wymęczyć swoją pierwszą powieść, że wspomnę o Joe Berlinie z "Wszyscy mówią: kocham cię" czy Isaacu Davisie z "Manhattanu" czy też Lee Simonie z "Celebrity"; żadnego filmu Allena o aptekarzu w tej chwili sobie nie przypominam.

Źródło: Duży Format
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':