W ramach remanentu roku minionego, a zarazem zapowiadając rok właśnie wstępujący, przypominam, że zbliża się dziesiąta rocznica wydania debiutanckiej płyty zespołu Cool Kids of Death, a jest to rocznica istotna i zasadnicza, rocznica w pewnym sensie epokowa, niekoniecznie z powodów muzycznych. Płyta ukazała się ponownie jako reedycja właśnie w schyłku roku minionego, choć dziesięciolecie świętować będziemy w 2012 roku, co więcej, w tym roku minie także dziesięć lat od opublikowania przez "Gazetę" pamiętnego tekstu basisty zespołu Kuby Wandachowicza "Generacja Nic". Mam do tego zespołu, a i do tamtego programowego tekstu, stosunek intensywnie osobisty, pracowałem wówczas jako redaktor w dziale, który tekst opublikował, a był to tekst fundamentalny i właściwie w rocznicę można by go wydrukować jeszcze raz; jak znalazł pasuje do dzisiejszych dni, był to bowiem manifest ówczesnych Oburzonych, napisany gdy dzisiejsi Oburzeni nawet nie podejrzewali, że kiedyś się oburzą, gdy dzisiejsi Oburzeni, mówiąc krótko, byli jeszcze dziećmi.
Wandachowicz, wówczas 27-letni bezrobotny absolwent filozofii i zaciekły muzyk, a także - że tak to ujmę - ideolog zespołu, oburzał się jednak nie tyle na globalny kapitalizm i przekręty bankierów, wektor jego oburzenia kierował się do jądra ówczesnej Polski, polskimi realiami odzyskanej wolności jego oburzenie się żywiło, w tym sensie jest to ciągle tekst istotniejszy niż obecne tutejsze oburzenia będące jedynie kalką oburzeń zagranicznych. Pisał Wandachowicz w te słowa: "Czy nikt nie potrafi zauważyć różnicy pomiędzy marketingiem a sferą szeroko pojętej kultury? Kto powiedział, że wolnorynkowa logika musi zyskać rangę ostatecznej struktury wszelkiego twórczego myślenia?". Dobrze brzmi? Dobrze. Współcześnie? Jak najbardziej. No to przypominam dalej: "Dzisiaj ci, którzy teoretycznie powinni dbać o intelektualne i duchowe zaplecze, jawnie uczestniczą w nachalnym urabianiu najniższych społecznych gustów". Prawda? Prawdziwa prawda oraz oczywista oczywistość. I jeszcze jeden cytat: "Wolność w naszych czasach zaczęła oznaczać intelektualną pustkę ludzi młodych, którzy nie chcą uczestniczyć w żadnym dyskursie - społecznym, politycznym czy jakimkolwiek innym". To są oczywiście tylko krótkie cytaty, cały ten tekst, jako rzekłem, należałoby przypomnieć, a tym, którzy nie znają - szeroko udostępnić. Ja oczywiście nie mówię, że nic się przez dekadę od debiutu Wandachowicza i jego kolegów nie zmieniło, że nic się nie zmieniło od dnia, gdy ogłosił on "Generację Nic", w pewnych kwestiach stało się sporo, bo wszak pojawili się ludzie, którzy chcą uczestniczyć w dyskursie społecznym i politycznym, pojawiło się ich nawet dużo, incydentalnie to uczestnictwo bywa dość upiorne, w pewnych kwestiach jednak zmieniło się, tak mi się wydaje, na gorsze. Kultura masowa i masowa polityka są jeszcze bardziej miałkie, jałowe i ogłupiające niż dekadę temu, jeszcze nigdy tak niewielu nie miało tak wielu do powiedzenia tak niewiele, jeszcze nigdy nie słuchaliśmy tylu bredni wyśpiewywanych z estrady i bredni wypowiadanych do telewizyjnych kamer na sejmowych korytarzach - bez różnicy, gdyż są to tylko dwie strony tej samej podrabianej monety. Masowa polityka niewiele się różni od masowej rozrywki, obie łączy to, że zajmują się masową produkcją masowego otępienia, to jest właśnie owo nachalne urabianie najniższych społecznych gustów, o którym Wandachowicz pisał.
Ta płyta była dziesięć lat temu wydarzeniem i jej ponowne ukazanie się również winno być wydarzeniem, nie przypominam sobie przez tę dekadę równie zbuntowanej płyty, nie kojarzę, choć wszak mylić się mogę, innego tak silnego manifestu oburzenia. Właściwie to każda piosenka na tej płycie to był manifest, nie tylko te najsłynniejsze, jak "Butelki z benzyną i kamienie" czy "Generacja Nic", to był - powiem patetycznie - wrzask złości i jednak też rozpaczy, a jednocześnie przecież wycie o miłość i o sens w świecie wypełnionym pozorami, w świecie udawanych idei i udawanej miłości. Jest to płyta wściekła i wściekle jednak romantyczna, jak się wsłuchać. Trudno tu dawać rozliczne cytaty z tej płyty, słucham jej ponownie po tych dziesięciu latach i daję słowo: to jest rzecz nadal jak najbardziej aktualna, a kto wie, czy nie aktualna jeszcze bardziej, tak mi się wydaje, że ówcześni Oburzeni chcieli jednak czegoś więcej niż gwarancji pracy na etacie, a nie umowie śmieciowej, że wychodzili jednak mocno poza hasło "Mieszkanie nie jest przywilejem, ale prawem" czy jakoś tak, powiem jeszcze wznioślej: im chodziło o nowe ważkie idee i o ducha zarazem. W utworze "Kręcimy się w kółko" śpiewali wszak: "Chcemy nowych piosenek/ Chcemy nowego życia/ Chcemy nowej miłości/ Chcemy nowych miejsc/ Chcemy nowych narkotyków/ Chcemy nowych idei/ Chcemy nowej telewizji/ Chcemy nowych książek/ Chcemy nowej muzyki/ Chcemy nowej wojny". Ja wiem, że jak się czyta takie manifesty, to brzmią one może nieco, rzekłbym, naiwnie i bombastycznie zarazem, lecz, proszę mi uwierzyć, jak się słucha tej wściekłej rozpaczy, to się słuchacz z nią solidaryzuje, nawet ja, któremu do oburzenia obecnych Oburzonych dość daleko, wściekam się, bo tacy Cool Kids of Death powinni być w tym kraju wielkimi gwiazdami, jak wiadomo, ten kraj woli jednak gwiazdy miałkie, puste i głupie, woli jednak bieliznę Dody niż idee, ujawniony na zdjęciu w internetowym pisemku brak bielizny jakiejś gwiazdy bardziej go zatrważa niż wyraźny wszędzie brak idei.
Przed chwilą właściwie Cool Kids of Death wydali swoją najnowszą płytę "Plan ewakuacji", płytę - mówię to z goryczą - kapitulancką, gdzie, odnoszę bolesne wrażenie, pozbyli się owych młodzieńczych buntów, gdzie śpiewają z rezygnacją: "Wiemy wszystko o wszystkim, ale nikt nas nie pyta o zdanie". Kiedyś śpiewali, że mają dla establishmentu kamienie, dziś tymi kamieniami w piosence wybijają tylko okna w działkowych altankach. W tak zwanym ostatecznym rozrachunku Cool Kids of Death ponieśli potężną klęskę, przegrali bitwę z kulturą masową i masową polityką, tymi medialnymi armiami Goga i Magoga. Świat, gdzie ważniejsza jest nieświeża pulpa, którą codziennie wylewa z siebie partyjny urzędnik bez własnych poglądów, a jedynie mający poglądy partyjne, od tego, co mają do powiedzenia wszyscy dzisiejsi Wandachowicze, jest światem - mówię poważnie - miernym i żałosnym. Ten świat jednak pożarł tamten bunt, przetrawił, zwymiotował i czuje się nadal świetnie, jest to świat bardzo zadowolony z siebie, Cool Kids of Death byli ze świata mocno niezadowoleni.
Na koniec więc powiem: nie słuchajcie modnych didżejów, zakładajcie własne zespoły.