http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

London Calling, czyli miasto świat

Krzysztof Varga
2011-12-29, ostatnia aktualizacja 2011-12-27 14:09

Krzysztof Varga
Krzysztof Varga
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

Nawalony Anglik w Krakowie to nie jest żadna nowość kulturowa

Byłem w Londynie tylko raz, ale było to dekadę temu, potem już się tam nie pojawiłem, podobnie zresztą jak nigdy nie pojawiłem się w większości miast świata. Mieszkałem w Docklands, naprzeciw Canary Wharf, wieczorami oglądałem statki płynące Tamizą, ale prawda polegała na tym, że najbardziej interesowały mnie sklepy z płytami; płyty wówczas trzeba było przywozić z zagranicy, rzec można, iż był to świat, gdzie nie wszystko było na wyciągnięcie ręki, świat zatem niedoskonały, lecz jednak przez to bardziej atrakcyjny. Cóż to był za sezam, wielkie sieciowe HMV i Virgin, ale i małe second handy w Soho, jednocześnie to był świat przed wielką polską inwazją na Wyspy; od czasów Wilhelma Zdobywcy nie było tak udanej inwazji. Dziś Londyn kojarzy się nam z monstrualnym polskim zmywakiem, dziś Londyn to zbiorowe polskie nalewanie piwa. Nie byłem zatem w Londynie od dekady, w ogóle coraz mniej mnie ciągnie do podróży, podróżować bowiem umiem, nie ruszając się ze swego pokoju, od zawsze zwiedzałem intensywnie świat, tyle że nie ten dotykalny, lecz ten wyimaginowany, owszem, mówię tu o lekturach, podróże w fikcję wydawały mi się bardziej pociągające, po co jechać i oglądać, skoro można przeczytać, oto z grubsza moja filozofia.

Mówię o tym, bo przeczytałem rzecz kapitalną, rzecz bardziej wciągającą i doskonalszą niż każda podróż na Wyspy, tym bardziej że to podróż przez wieki i tysiąclecia. Rzecz nazywa się "Londyn. Biografia", niedawno wydana wielka cegła o historii tego babilońskiego iście molocha, który wciąga w swoje trzewia miliony ludzi, mnie wciągnął czytelniczo, czytajcie tę księgę wszyscy ci, którzy marzycie o Londynie. I ci, którzy jedziecie tam na zmywak, i ci, którym roi się kariera w City. Peter Ackroyd otóż wysmażył grubo ponad 700 stron o historii tego miasta, które zamieszkane jest od dwóch tysięcy lat, opisał losy każdego prawie kamienia od czasów prehistorycznych po współczesność, nie chronologicznie, lecz tematycznie.

Jest tu zatem o mieście smrodu i mieście błota, o mieście przemocy i mieście pożarów, o rzece i o podziemnych kanałach, nade wszystko jednak z książki Ackroyda wyłania się monstrualne miasto teatr, gdzie wszystko ma swoją odpowiednią scenografię, a każdy londyńczyk odgrywa osobną rolę. W świeżym dość filmie "Anonymus" traktującym o tym, kto jakoby naprawdę był Szekspirem, jest scena niezwykła, kiedy to lud londyński po obejrzeniu sztuki rzekomego Szekspira rusza na królewski pałac wywołać rewolucję. Cóż, teatr miał kiedyś potężną siłę rażenia, dziś jakoś nie umiem sobie wyobrazić, by po przedstawieniu, dajmy na to, samego Warlikowskiego publiczność ruszała obalać rząd, też pewnie dlatego, że teatr był wówczas rozrywką dla plebsu, dziś plebsem jest ten, kto do teatru nie chodzi.

Dla mnie Londyn posiadał zawsze sztafaż literacki, szerzej - kulturowy. Kiedy zatem myślę "Londyn", to myślę: Dickens, Conan Doyle, Kuba Rozpruwacz. Myślę także: Swinging London z lat 60., myślę "Powiększenie" Antonioniego, myślę wreszcie: punkowa rewolucja 1977 roku, myślę Sex Pistols i The Clash. No i gęsta mgła, zjawisko nie tylko meteorologiczne, ale nade wszystko kulturowe, od Ackroyda dowiaduję się, że najwięcej samobójstw popełniano zawsze w listopadzie, kiedy mgła była najgęstsza, mgła dla Londynu jest tym, czym halny dla Tatr, mówiąc krótko: od mgły dostaje się tam porządnego szmergla.

Skąd jednak takie erupcje popkulturowe jak ta z lat 60. czy z końca 70.? Otóż w roku 1960, jak się dowiaduję, zniesiono obowiązkową służbę wojskową i młodzi mężczyźni mogli się wreszcie wyluzować, zamieniając karabiny na gitary. Przypominam, że w Polsce przed chwilą też zniesiono pobór, doprawdy zbyt pięknie by było, gdyby młodzi nasi obywatele niezagrożeni służbą zamiast jednoczyć się w grupy kibiców zjednoczyli się w tysiące zespołów. Swoją drogą Ackroyd zlekceważył nieco te popkulturowe londyńskie rewolucje, przydałby się jakiś potężny aneks o czasach, gdy The Clash śpiewali w szczycie zimnej wojny "London Calling". Może jednak rzeczywiście w dziejach miasta, które ma dwa tysiące lat, był to tylko drobny epizod, w dziejach Warszawy byłby to kamień stumilowy.

Dzieło Ackroyda pokazuje nam miasto pełne dramatów, miasto świat, gdzie znaleźć można wszystko, gdzie właściwie działo się wszystko, co można sobie wyobrazić. W 1348 roku czarna śmierć grasująca po Europie wybiła 40 procent populacji miasta, w 1666 roku strawił Londyn słynny pożar (nie pierwszy przecież, bo był już wielki pożar w 1087 roku) uwieczniony choćby grafiką go przedstawiającą na okładce płyty "The Good, the Bad and The Queen", projektu o tej samej nazwie kierowanego przez Damona Albarna z Blur, jednego z, jak to się mówi z pewną emfazą, "intelektualistów rocka". Zaraza grasująca w połowie XIV wieku przyczyniła się do specyficznie pojętego rozwoju miasta, gdyż mnóstwo osób, którym udało się przeżyć pomór, odziedziczyło majątki lub pozbyło się konkurencji, Londyn zaś po raz kolejny udowodnił, że jest niezniszczalny. Jest więc Londyn w książce Ackroyda miastem światem, jego dokumentalny drobiazgowy opis powoduje, że przypomina ta księga jakąś powieść fantastyczną o nieistniejącym mieście, o mieście wywiedzionym z fantazji gotyckich, o mieście z jakiejś ogromnej gry planszowej. I dlatego czytałem to monumentalne dzieło jako rodzaj fikcji, wielkiej epickiej powieści, gdyż aż trudno uwierzyć, żeby jedno miasto mogło zmieścić w sobie tyle historii, tyle znaczeń i przeciwieństw, samo się jakby stwarzać i samo sobie zaprzeczać, przyjezdni z obcych krajów powiadali nawet, że to nie Londyn leży w Anglii, ale Anglia w Londynie. Ale czemu się dziwić, gdy dotrze do nas, że mówimy tu o mieście starszym o tysiąc lat od początków polskiej państwowości, gdzie chrześcijaństwo rozsiadło się na dobre, gdy nasi praprzodkowie dopiero zaczynali wymyślać sobie Światowida i Kupałę. Zachwyt nad biografią Londynu jednocześnie pokazuje nam, jak bardzo jesteśmy krajem leżącym na kulturowych obrzeżach Europy.

Zresztą w Londynie wszystko zawsze było największe: największa przemoc, największa śmiertelność i największe pijaństwo. Nawalony Anglik w Krakowie to nie jest wynalazek zdegenerowanej współczesności bynajmniej, już Verlaine i Dostojewski pisali, że londyńczycy są wiecznie pijani, względnie myślą jedynie o tym, żeby się jak najszybciej upić, tutaj też musimy chyba pozbyć się polskiej manii wielkości.

Zatem myślę o Londynie, myślenie mi się tym bardziej nasila, że wszak już za parę dni do kin wejdzie "Sherlock Holmes: gra cieni", jest to rzecz, której w tym momencie najmocniej nie mogę się doczekać, wreszcie pojawi się profesor Moriarty, oto mój prawdziwy Londyn.  

Źródło: Duży Format
  • 2
  • 4
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':