Nie jestem wybitnym wielbicielem dzienników pisanych przez pisarzy, raczej ciekawią mnie ich opowiadania i powieści, choć przecież rzeczy te powinny kusić intensywnie, pisarz się odsłania, szczerze ocenia konkurencję, zmaga się ze swoimi słabościami, wpada w depresję lub daje nam zapis swoich uniesień i samozachwytów. A jednak nie rzucam się na każdy dziennik, który się ukazuje na rynku, mimo że są to rzeczy ponoć sensacyjne, ciekawe od strony także plotkarskiej, wyciągnięte po kilkudziesięciu latach. Tym bardziej że jest co czytać, wiadomo, Gombrowicza, Nałkowską, Dąbrowską, w tej formie pisarstwa byliśmy prawdziwą potęgą, podobnie jak w epistolografii, tym bardziej że w ciekawszych - że tak powiem - piśmienniczo czasach były popełniane. No i oczywista, że najsmaczniejsze są rzeczy przeznaczone do publikacji dopiero po śmierci, wtedy czasami ujawniają się prawdziwe horrenda, wtedy to dopiero hasają emocje.
No, ale obok tych "Dzienników" przejść obojętnie nie mogłem, to jest rzecz, na którą się rzuciłem z niezdrową podnietą, idzie naturalnie o tom "Dzienników" Iwaszkiewicza z lat 1964-80, który właśnie w tej chwili się ukazał, trzeci i ostatni, bo doprowadzony do śmierci autora. Na przykład także świeżo wydane dzienniki Stachury nic mnie nie obchodzą i nie planuję się w nie wgłębiać, tym bardziej że rzuciłem okiem na jakieś fragmenty i to była nuda upiorna, obok "Dziennika" Mrożka chodzę już parę miesięcy i wciąż nie mogę się przełamać - "Dziennik" Iwaszkiewicza katuję zaciekle.
Jakiż to był dziwny gość, ten wielki urzędnik polskiej literatury, jak się w nim pokrętnie mieszało wszystko, jakie skrajności go dopadały, jakież on miał wreszcie mniemanie o innych pisarzach i o samym sobie naturalnie. No więc wyzywa Iwaszkiewicz kogo się da: Słonimski - świnia, Andrzejewski - ścierwo, w sumie to prawie wszyscy świnie i ludzie podli oraz zakłamani, on natomiast, nieszczęsny Jarosław, najpotężniejszy wszak wówczas działacz polskiej literatury, to człowiek wrażliwy, samotny, okrutnie wręcz przez te świnie atakowany, niezrozumiany i nieotoczony serdecznością, na jaką zasługuje. To są rzeczy dość szokujące, bo widać wyraźnie, że to on jest zakłamany do imentu, że jemu lepiej się spędza czas w ambasadzie rosyjskiej niż w towarzystwie kolegów pisarzy polskich, że bardziej się odnajduje wśród ambasadorów niż literatów, a przypomnieć przecież należy, że był Iwaszkiewicz prezesem Związku Literatów Polskich, że zarządzał pismem "Twórczość", wówczas kluczowym, że z koleżeństwem po fachu miał kontakt ciągły, że osobliwie często, jak wynika z tych zapisków, podróżował po Europie, także zachodniej, choć uważał, że Zachód ogólnie jest do kitu, przyjemniej mu chyba było w odwrotnym kierunku podróżować.
Nie jest oczywiście wykluczone, że naprawdę czuł się samotny i wyobcowany, przebija z tej
lektury depresyjność i smutek, kiedy smutny jest Iwaszkiewicz, to jakoś bardziej ludzki, jak się zacietrzewia, to się staje dziwnie niezrozumiały. Choć jego zakłamanie osiągało szczyty apollińskie, to jest to samotność człowieka, który ma jakiś zasadniczy problem ze światem i przekonanie, że świat go nie rozumie, jednak cień klęski się kładzie na te strony. "Dzienniki" zasługują na wnikliwą, potężną analizę, a nie zwykły felieton, daję tu tylko sygnał, że mamy tego typu wydarzenie, mocny akcent na koniec roku, jak dla mnie to jest w pewnym sensie wielka, pokręcona powieść o Polsce tamtych lat, czytam to trochę jak fabułę, wiadomo, nawet jak się pisze takie rzeczy do szuflady, to fikcja tam się pojawia pewnie. Był to, zdaje się, facet dość daleki od podejmowania pewnych refleksji, o pewnych rzeczach prawie nie pisze, marzec 1968 prawie przez niego jest niezauważony, znajdujemy tu tylko jakieś ogryzki, podróżował zresztą w tym czasie do Włoch, więcej w sumie o tej podróży wspomina niż o tym, co się działo w
Warszawie, o inwazji na Czechosłowację też nic mądrego powiedzieć nie umiał lub nie chciał. Rzecz niebywała jednak się tu znajduje: Jasienicę i Andrzejewskiego namawiających go, by podpisał list w proteście przeciw zdjęciu "Dziadów" Mickiewicza, owego wszak już wtedy legendarnego przedstawienia, nazywa bałwanami. Otóż Jasienica i Andrzejewski to bałwany, którym się wydaje, że są zbawcami narodu, a nic przecież nie mogą zrobić, tyle że by być wtedy takim bałwanem, to trzeba trochę odwagi było, jak sądzę, takie myślenie się u słynnego Iwachy nie objawia. Natomiast ceni sobie rozmowę z ministrem kultury Motyką, który bardzo ciekawe miał przemyślenia na temat polskiej emigracji choćby, Gomułka też ciekawe rzeczy mówił, Jasienica i Andrzejewski dla niego ciekawych przemyśleń nie mieli. Jest jednak pewna rzecz, którą Andrzejewski mówi Iwaszkiewiczowi na prywatnym spotkaniu, otóż powiada autor "Miazgi", że po śmierci Iwaszkiewicza czytelnicy się odeń odwrócą, że jego pisarstwo przestanie być pociągające, że powrócą do niego za jakiś czas dopiero, ale jako do osoby, a nie pisarza, że postać właśnie Iwaszkiewicza, a nie jego pisanie będzie ciekawą rzeczą. I jest tu mocno coś na rzeczy, intuicja Andrzejewskiego nie oszukała, ja osobiście do Iwaszkiewicza z mocną ciekawością wracam jako do człowieka, mniej jak do pisarza, jego powieści w ogóle czytać nie jestem w stanie, opowiadania, owszem, cenię jak należy, ale też mnie nie kuszą zbyt intensywnie, Andrzejewski zaś kusi absolutnie, kusi niezmiennie. Dziennik Andrzejewskiego też bym zresztą pochłonął z należytym zacietrzewieniem, gdyby był dostępny, owszem, był dziennik literacki, ale był też dziennik osobisty, intymny i on się zapodział, pewnie zawstydzającą niewiedzą się wykażę, ale jak to jest z tym dziennikiem, to nie wiem nic z pewnością.
Owszem, miał też Iwaszkiewicz pewne refleksje na temat swego pisarstwa, czasami dopadała go niepewność co do wartości jego książek, jak się obronią w przyszłości. Ja sobie taką niepewność bardzo chwalę, być pewnym co do pozycji swojego pisarstwa w jakiejś przyszłości to świadczy o słabości tego pisarstwa, w literaturze niczego nie można być pewnym, duży pisarz powinien mieć duże wątpliwości, co się ostanie, w ogóle dziś mieć pewność, że coś się ostatnie - duża brawura.
Swoją drogą obleśnie jestem ciekawy, kto z naszych dziś taki dziennik nie do publikacji pisze. Ja wiem oczywiście, że były "Kartki z dziennika" Chwina, że Pilch swój "Dziennik" na łamach "Przekroju" zamieszczał, ale to były rzeczy do publikacji, a więc jednak kontrolowane, ja bym chciał przeczytać kiedyś coś nie do publikacji przeznaczone, niewątpliwie przecież gdyby żyjący pisarz opublikował w dzienniku, że ten to świnia, a tamten ścierwo, toby miał proces jak malowanie, w ogóle zastanawiam się, czy takie emocje są dzisiaj do przyjęcia. Inne czasy, inne znajomości, czasy zdecydowanie mniej ponure. Jakoś mi się wydaje, że raczej każdy sobie książkę skrobie i przecież nie ma takiego życia literackiego jak w Peerelu, jest wiele ciekawszych obecnie podniet niż życie literackie.