http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zmęczeni faceci, czyli "Szpieg" prawdę ci powie

Krzysztof Varga
2011-11-24, ostatnia aktualizacja 2011-11-24 18:46

''Szpieg'' i jego doborowa obsada. Na zdjęciu: Colin Firth, David Dencik, Toby Jones i Gary Oldman
''Szpieg'' i jego doborowa obsada. Na zdjęciu: Colin Firth, David Dencik, Toby Jones i Gary Oldman
Fot. mat. prasowe

Większość rzeczy, które nie przystają do współczesnych czasów, mi się podoba

Krzysztof Varga
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Krzysztof Varga
SERWISY
Owszem, jestem dość dużym wielbicielem filmów o Bondzie, miałem zawsze intensywną przyjemność z oglądania nieprawdopodobnych i jednak dość kretyńskich przygód agenta Jej Królewskiej Mości, ale tak naprawdę Bond zachwycił mnie dopiero, kiedy pojawił się w nim jako 007 Daniel Craig, mężczyzna zdecydowanie odbiegający od stereotypu Bonda, mężczyzna o twarzy nieco sponiewieranej, o twarzy zmęczonej cokolwiek, o twarzy mężczyzny po niejakich przejściach. Dotąd "Bondy" były dość zabawną rozrywką niemającą z rzeczywistością literalnie nic wspólnego, były groteskowym cyrkiem i czymś w rodzaju szpiegowskich wodewilów, kiedy w "Casino Royale" pojawił się Craig, wszystko się zmieniło, wszystko nabrało nowych znaczeń i zbliżyło się do czegoś, co można z pewną dozą brawury nazwać rzeczywistością.

Piszę o tym nie dlatego, że całe szczęście zaczęły się zdjęcia do kolejnego, dwudziestego trzeciego już Bonda, znów z Craigiem w roli głównej, ale dlatego, iż obejrzałem film "Szpieg" według powieści Johna Le Carré. Nie będę ukrywał, powieści Le Carré są mi znane w stopniu umiarkowanym, naturalnie czytałem "Małą doboszkę", prześlizgnąłem się przez "Nocnego recepcjonistę" i "Ze śmiertelnego zimna", było to lat temu bardzo wiele, tak wiele, że nie umiem sobie przypomnieć, kiedy to było, przez te lata inne podniety i inne lektury mi towarzyszyły, Le Carré nie towarzyszył mi wcale. Nie sięgałem po tego pisarza zupełnie, miałem wyższościowy nieco stosunek do takiej literatury, niechaj będzie mi to wybaczone, zamiast czytać solidnie skrojone powieści szpiegowskie i kryminalne, czytałem literaturę artystyczną. Ileż ja godzin zmitrężyłem na grafomańskie powieści ambitnych autorów, to przerażające, godziny i dni, których nikt mi już nie wróci, trzeba było czytać solidnie kryminały i powieści szpiegowskie. A przecież kiedyś lubiłem sobie poczytać nawet Roberta Ludluma, póki żył i pisał oczywiście, z tego, co obserwuję, mimo iż nie żyje od dziesięciu lat, nadal pisze i wydaje, a mnie wydaje się, że to jest jakaś okropna działalność hien cmentarnych, może wydaje mi się naiwnie, w końcu przyszłość należy do hien, osobliwie cmentarnych, niebawem wszyscy nieżyjący znani pisarze zaczną wydawać premierowe powieści napisane przez jakichś cwaniaków.

"Szpieg" oparty jest na powieści Le Carré "Druciarz, Krawiec, Żołnierz, Szpieg", nie wiem niestety, czy jest to wierna interpretacja powieści, z tego, co się dowiedziałem, jeden początkowy wątek jest przeniesiony z Pragi do Budapesztu, owszem, podoba mi się ten zamysł, Budapeszt znakomicie się nadaje na ponure historie szpiegowskie. I kiedy oglądałem "Szpiega", doceniłem nade wszystko dbałość o szczegóły, sekwencja budapeszteńska trwa raptem parę minut, ale widać, że porządnie się do niej przymierzono, rzecz dzieje się wszak jakoś w latach 70. i rzeczywiście, wszystko jest tak, jak powinno, przez ćwierć sekundy nawet miga nam przed oczami ikarus model 66 w szarej malaturze, dokładnie taki, jakiego zapamiętałem z dzieciństwa, nie będę skrywał, otworzyły mi się przy tym ujęciu czakramy wspomnień, lekki dreszcz nostalgii przeszedł przez ciało. A szpiedzy wszak siedzą w kawiarni w pasażu przy placu Franciszkanów, w samym centrum miasta, jestem o tym wręcz przekonany, jeśli się mylę, to niechaj dopadnie mnie zemsta tajnych służb, na moje oko to musi być tam, znam to miejsce, znam ten plac, mam tam swoją nieco ulubioną kawiarnię. Z pewnością się nie mylę, że rolę węgierskiego tajniaka gra tam Zoltán Mucsi, jeden z ulubionych w ostatnich latach aktorów Miklósa Jancsó. Rzecz ciekawa, choć poboczna, pewien agent w filmie nazywa się Tarr, tak jak Bela Tarr, jeden z największych reżyserów węgierskich, co ja mówię, jeden z największych reżyserów świata, autor genialnego "Szatańskiego tanga". O filmie według Le Carré mówię, książki nie czytałem, cóż, trzeba będzie zabrać się do lektury, czas na to, by solidnie przysiąść i poczytać Le Carré do dna, to jest jeden z tych doprawdy nieczęstych przypadków, gdy obejrzenie filmu obliguje do w miarę natychmiastowego rzucenia się na lektury. Ja w każdym razie biorę się do czytania Le Carré, co z tego czytania wyjdzie - czas pokaże.

Nie jednak, naturalnie, o węgierskich wątkach tego filmu chcę tu rozprawiać, ale o samym filmie, który jest najzwyczajniej w świecie doskonały. Genialność tej produkcji polega na tym, że wybitność daje się tu sprokurować całkiem niewielkim kosztem, daje mi to asumpt do niekończących się rozważań o nędzy polskiego kina sensacyjnego, którego twórcom roi się, że aby film był duży, to trzeba na niego dużo pieniędzy wydać. Otóż nie trzeba, uważam, należy mieć duży scenariusz, na scenariuszu, powtarzam maniakalnie, buduje się wielkie kino, a nie na drogich bredniach. Nasza kinematografia jeszcze tego nie skumała, nie wiem, czy kiedyś skuma, w każdym razie polecam jej "Szpiega", warto obejrzeć, pomyśleć, pokumać.



Wielkość "Szpiega" polega z grubsza na tym, że jest wybitną antytezą Jamesa Bonda i Jasona Bourne'a razem wziętych, w ogóle jest doskonałą antytezą wszelkich filmów, gdzie protagoniści okładają się intensywnie po twarzach, strzelają do siebie, ganiają się w tę i nazad, ścigają się samochodami i innymi środkami lokomocji. Mówiąc krótko: "Szpieg" to jest film o prawdziwych mężczyznach, którzy w tych swoich obrzydliwych brązowych garniturach, w kurzu, nudzie, papierosowym dymie i szarzyźnie toczą nieciekawą walkę z równie nieciekawymi wrogimi wywiadami. Żaden z agentów w tym filmie nie jest piękny i przystojny, żaden nie jest mistrzem sztuk walki, żaden nie jeździ wypasioną furą i u szyi żadnego nie zwisa żadna piękna kobieta, są to mężczyźni w paltocikach i z teczkami, zwykli urzędnicy śmierci, przychodzący codziennie do swojego szpiegowskiego biura, jakby przychodzili do jakiegoś zakładu ubezpieczeń, względnie lokalnego banku, nie ma tu absolutnie nic ekscytującego. I choć nie znam się na szpiegowskiej robocie, nie mam pojęcia o kulisach prac wywiadów, to "Szpieg" wydaje mi się niebywale wręcz wiarygodny. Tak jak wiarygodny wydaje mi się każdy przykurzony, podstarzały facet, każdy ujemnie piękny i zerowo przystojny mężczyzna, ponieważ prawda jest po stronie ludzi nieładnych. Prawda nie jest, powiadam, po stronie ładnych ludzi tańczących za duże pieniądze w zidiociałych programach telewizyjnych, po ich stronie jest jedynie kłamstwo, prawda zaś wygląda niestety tak jak Gary Oldman w "Szpiegu", wygląda raczej nieciekawie. Co naturalnie jest z mojej strony komplementem pod adresem Oldmana, zagrać nieciekawego gościa w prochowcu i z teczką - oto wyzwanie dla aktora.

Jest zatem "Szpieg", jak sądzę, brzydką prawdą o brzydkiej pracy podaną w tempie nieprzystającym do współczesnych czasów, większość rzeczy, które nie przystają do współczesnych czasów, mi się podoba, "Szpieg" podoba mi się wyjątkowo, wierzę w tę szarość, w tę nudę i za tą nudą kryjącą się straszność.

Źródło: Duży Format
  • 5
  • 2
  • 2
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    43 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':