http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ach, co to był za kac! czyli mają nas za idiotów

Krzysztof Varga
2011-11-10, ostatnia aktualizacja 2011-11-10 17:00

Wyjazd integracyjny
Wyjazd integracyjny
fot. zdjęcia promocyjne

Jeśli "polska komedia" wejdzie do encyklopedii, to jako definicja kina klasy D

Krzysztof Varga
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Krzysztof Varga
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Oczywiście poszedłem na ten film z pełną premedytacją, mając mocne przekonanie, że będzie to katastrofa, nie ma tu mowy o jakimś zaskoczeniu, rozczarowaniu, nie powiem przecież, że wybrałem się na seans, oczekując po tej glątwie czegoś sensownego, inteligentnej rozrywki, solidnie skrojonego kina komercyjnego. Nie spodziewałem się naturalnie, że coś, co nazywa się "polską komedią", będzie w jakikolwiek sposób zabawne, choć przyznam, że tutaj rekord został już wyśrubowany, mówiąc krótko: czegoś takiego chyba jeszcze nie widziałem, a widziałem naprawdę dużo. Zbitka "polska komedia" właściwie wystarcza za całą recenzję, tego typu filmy nie są wcale komediowe, natomiast niewątpliwie są stuprocentowo polskie, jest to w gruncie rzeczy przykre i depresyjne. Jeśli "polska komedia" wejdzie kiedyś jako hasło do światowych encyklopedii filmowych, to wyłącznie jako precyzyjna definicja kina klasy D. O ile oczywiście o kinie można tu mówić, wydaje mi się, że coś tak niebywałego jak "Wyjazd integracyjny" z kinem ma tyle wspólnego, że jest pokazywane w budynku zwanym "kinem", a z filmem łączy je jedynie to, iż prezentowane jest na ekranie, innych pokrewieństw ze sztuką filmową nijak nie znajduję.



Owszem, o tego typu produktach polskiego przemysłu filmowego napisano już sporo, sam szlachetnie przykładałem do tego rękę, sam kreśliłem wzniosłe krytyki, wydawałoby się, że właściwie nie ma sensu tematu drążyć, skoro oczywistość stała się tak oczywista, że praktycznie każda współczesna polska komedia jest wyłącznie dwugodzinnym bełkotem. Machnąć ręką jednak na to nie można, sprawa bowiem jest wagi narodowej: skoro obchodzimy właśnie Święto Niepodległości, to może warto przy okazji pomyśleć także o niepodległości umysłowej narodu polskiego, obawiam się, że w pewnych sprawach jesteśmy wciąż pod zaborami, względnie okupacją ludzi, którzy polskich widzów traktują jak podludzi, gorszych umysłowo od przedstawicieli innych narodów, uważają nas - powiadam to z pełną świadomością - za analfabetów, za kompletnych idiotów, czas w końcu powiedzieć im precz. Przydałby się wreszcie jakiś narodowy bojkot polskich komedii, wielkie powstanie przeciw okupacji umysłowej, ten naród jest zdolny do wielkich czynów, na początek proponuję, by solidarnie przestał chodzić na polskie komedie.

Oczywiście wiemy, jaki jest sprawdzony patent na taki badziewny produkt: bierzemy Kota z Karolakiem, względnie Karolaka z Kotem, jeśli akurat Adamczyk jest zajęty, dorzucamy Frycza, skoro akurat Szyc nie może, kręcimy to w jakiejś przestrzeni glamour, dodajemy trochę golizny, sporo gorzały, żeby było bardziej po naszemu, i dalej jazda. Scenariusza nie piszemy, scenariusz może pracę skomplikować, nie uwierzę za nic, że te filmy powstają na podstawie jakichś scenariuszy, to jest czysty słowiański żywioł - włączamy kamery i niech się dzieje, co chce, byle trochę dziadowskich dowcipasów tam było, reszta jakoś sama się zrobi, do tego dajemy plakat, że to niby polska wersja "Kac Vegas" (jak wiadomo, kręci się już następna nasza bohaterska odpowiedź na tamten film - "Kac Wawa"), że na czym jak na czym, ale my, Polacy, na kacu to się znamy, che, che, grunt, że ludożerka jak zobaczy na plakatach, że to film z Kotem i Karolakiem, ewentualnie z Karolakiem i Kotem, to ruszy do tak zwanych kin na ten tak zwany film. Kac-ludojad murowany, ten najgorszy, bo moralny.

"Wyjazd integracyjny" jest bigosem zjełczałych gagów i zgniłych grepsów, twórcy tej niejadalnej pulpy jednak mają mocne przekonanie, że rzecz ludności będzie smakować, ponieważ tak naprawdę mają publiczność w głębokiej pogardzie, zależy im na publice bezrefleksyjnej, otępiałej, której serwować można celuloidowy odpowiednik kiełbasy z grilla i piwa z kija na obciachowym festynie. Otóż obawiam się, że nasz przemysł filmowy i jego stosunek do publiczności to jest właśnie ów słynny "przemysł pogardy", o którym wiele słyszałem, ale nie wiedziałem, do czego on się mianowicie odnosi, teraz niestety wiem. Jeśli publiczność edukuje się filmowo na "Wyjazdach integracyjnych", to po czymś takim gust musi się zepsuć, wszystko, co później obejrzane, a nieco bardziej wyrafinowane, nie przebije się już do zmulonej świadomości kinomana nowego chowu. Uderzam w patetyczne tony, ale "Wyjazd integracyjny", ustanawiając nowe rekordy obciachu, jest przecież ofertą dla czegoś, co nazwać należałoby nową polską klasą średnią, w tym przypadku ofertą dla klasy średniej w sensie pracowników korporacji. Filmowcy uważają, że ta nowa klasa średnia nie zasługuje na nic wyszukanego, można jej podetknąć pod nos byle co, a zje ze smakiem, ponieważ jej mózg jest już zupełnie zlasowany.

Owszem, nasłuchałem się już argumentów, że twórcy polskich komedii robią właśnie to, czego oczekuje od nich polski widz, że właśnie takie jest zapotrzebowanie narodu na rozrywkę. Otóż uważam, że gdyby ktoś się odważył na inteligentną, a nawet śmieszną komedię, także zyskałby widownię, kto wie, czy nie większą, a przynajmniej mądrzejszą. To nie naród chce takich bełkotów, to producenci i reżyserzy wciskają narodowi ten kompost do zjedzenia, ponieważ tak jest łatwiej, taniej, a w ogóle, jak wiadomo, złe kino wypiera dobre kino i tego, mniemają, trzymać się kurczowo należy.

Piszę to wszystko choćby dlatego, że chwilę wcześniej obejrzałem film "Jeden dzień", film w zasadzie komediowy, do śmiechu, choć z intensywnym elementem tragedii, film chwilami ckliwy, ale i wielce zabawny, film, po którym można zadumać się nad życiem i jego pułapkami, jeśli nawet to zadumanie nie będzie zbyt odkrywcze, generalnie w ogóle fundamentalne refleksje dotyczące życia odsłaniają w ostateczności swoją banalność. Ale jest to film zrobiony z szacunkiem dla widza, a nie z pogardą. Owszem, jest to film angielski, z angielskiej tradycji komedii romantycznej się wywodzący, tymczasem nasza nowa tradycja komedii bliżej ma się narąbanych Anglików biegających nago po Krakowie niż angielskich komedii, tyle też jest w naszej komedii sensu co w ich pijackich rykach. Otóż "Jeden dzień" to jest modelowy dla mnie przykład filmu skrojonego na miarę kina mainstreamowego, my kina mainstreamowego nijak robić nie potrafimy, miotamy się między wzniosłością a czołganiem się w mule trzy metry pod dnem.

Czas wygrzebać się z mułu, powiadam, gdyż trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej upiornego niż "Wyjazd integracyjny". Polskie kino przekroczyło punkt krytyczny, dalej już chyba nic straszniejszego nie może nas spotkać. Staram się być optymistą, choć wiem, że to jest strategia samobójcza, ale niechaj może "Wyjazd integracyjny" będzie kubłem zimnej wody na skacowane głowy, niechaj stanie się przełomem, niech od teraz nikt nie waży się traktować nas jak kretynów.

Źródło: Duży Format
  • 3
  • 2
  • 2
  • 12
  • 1
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    38 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':