Jest pewien teledysk, przy którego oglądaniu w YouTube zawsze się dramatycznie rozklejam, rozmiękczam, rozłażę emocjonalnie, właściwie - niech to będzie powiedziane - chlipię jak
dziecko, a jak już się solidnie rozchlipię, to puszczam jeszcze raz, wydaje mi się niejasno, że kiedyś obejrzałem ten filmik pięć razy z rzędu. To "Redemption Song" z repertuaru Marleya w wykonaniu Joe Strummera. Klip jednakowoż został nakręcony już po śmierci geniusza punku, to jest bardzo prosty film, jak wiadomo, rzeczy najgenialniejsze i najbardziej rozdzierające są w istocie swojej niezwykle proste: po śmierci Strummera na nowojorskiej ulicy ludzie składają kwiaty, grafficiarz robi na 7th Street mural z wizerunkiem Strummera i słynnym zdaniem "The Future is Un-written", prócz tego widzimy zadumanych fanów, pomiędzy nimi jest i Jim Jarmusch, jakiś facet całuje koszulkę z wizerunkiem
The Clash, maniacy wypatrzą tam też i zespół Rancid w komplecie, duchowych wszak spadkobierców The Clash, którego to zespołu Strummer był założycielem.
Piszę o tym teledysku, bo chcę pisać o Strummerze, nie dlatego, że mnie dopadło kolejne rozchlipanie się, ale ponieważ zrobił nam się mały festiwal strummerowski. Otóż ledwo co wyszedł u nas na DVD pamiętny dokument Juliana Temple "Joe Strummer. Nienapisana przyszłość", a przed chwilą
TVP Kultura pokazała film "Zawieszenie broni" o samym zespole The Clash, powiedzmy sobie szczerze, a i wy wszyscy, którzy wątpicie, wreszcie to sobie uświadomcie - jednym z najważniejszych zespołów w historii rocka, jak to mówią bywalcy języków zagranicznych: jednego z najważniejszych ever.
W grudniu będzie dziewięć lat, jak Strummer zmarł nagle na zawał, miał wtedy równo pięćdziesiątkę, można powiedzieć, że piękny wiek do umierania na zawał, rzekłbym nawet, że elegancki. Niby dziewięć lat to mało okrągła rocznica, ja jednak jestem wyznawcą myślenia, że o zmarłych w rocznice myśleć koniecznie należy, ale jeszcze intensywniej myśleć trzeba poza rocznicami, o zmarłych myśleć należy nieustająco. Rzucam tę myśl pod rozwagę akurat, gdy właśnie minęły doroczne święta funeralne, gdy wszyscy już dokonali swych powinności, opędzili się od swoich umarłych i odetchnęli z ulgą. Otóż nie, umarli są z nami zawsze, umarli wybitni są obecni tym wybitniej,
muzyka Strummera, a i on sam, duchem jest z nami intensywnie i permanentnie.
Nie ma tu miejsca na brawurowy esej o The Clash, powiedzieć trzeba jedynie oczywistości: że bez nich punk nie byłby taki, jaki był, a w gruncie rzeczy to byłby żaden, być może bez The Clash cały ten ruch byłby dziś tylko historyczną ciekawostką, a nie ważnym elementem kultury XX wieku; że mimo iż byli najważniejszym punkowym zespołem w dziejach, to zawsze przekraczali punkowe granice, czasami tak nieznośnie jak na albumie "Sandinista!"; że w pewnym momencie stali się swoją parodią, choćby na płycie "Cut the Crap"; że "London Calling" to jest za to płyta zupełnie arcydzielna, absolutny kanon, ścisła czołówka płyt rockowych wszech czasów. Że wreszcie The Clash to był zespół zaangażowany w encyklopedycznym znaczeniu tego słowa, albowiem była to grupa wybitnie polityczna, rzec można, że w istocie swojej wybitnie wręcz socjalistyczna, gdzie muzyka była nośnikiem przekazu politycznego. Powiedzmy wreszcie, że Strummer i jego gitara Fender Telecaster zrobili dla świata więcej niż większość partii socjalistycznych. Kiedy spoglądam na Grzegorza Napieralskiego i Leszka Millera, nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie słuchali The Clash, gdyby Napieralski słuchał The Clash, nie byłby tym, kim jest, za to może byłby prawdziwym socjalistą. Proponuję, aby działacze SLD posłuchali sobie The Clash, byłoby to z wielką korzyścią dla ich poglądów i postaw.
Film Temple'a przynosi nam historię o wyjątkowym chłopaku, który uświadomił się politycznie i wszedł do tej wartkiej i wrzącej rzeki, jaką był angielski punk końca lat 70. Który zrobił wielką rockową karierę i się sam w sobie pogubił zupełnie, ale nie dlatego, że nagle odjechał w ten cały blichtrowy szajs, w limuzyny i dziewczyny, ale pogubił się, ponieważ nieustająco i zaciekle chciał być sobie wiernym. Zabrzmi to patetycznie, w czasach postpolityki, postideologii, a nawet postpopkultury zabrzmi to może nawet idiotycznie: chciał być wierny swoim ideom. Jemu na wielkiej scenie, na tej wyspie skarbów, do której wszyscy chcą za wszelką cenę dopłynąć, było strasznie niewygodnie. Lepiej się poczuł dopiero, gdy rozwalił wszystko, co tak mozolnie budował, kiedy The Clash przestali istnieć, poczuł się swobodniej, wolał zawsze grać w małych klubach niż na stadionach.
Kiedy się słucha tych płyt, gdy ogląda się "Nienapisaną przyszłość", widać wyraźnie, jak bardzo dzisiaj brakuje takiego zespołu jak The Clash i takiego muzyka jak Joe Strummer, nie dlatego, że robili świetną muzykę, ale dlatego, że robili stokroć więcej niż świetną muzykę. Oni wyedukowali setki tysięcy młodziaków, którzy nic o świecie nie wiedzieli, nie posiadali żadnych politycznych, światopoglądowych refleksji. Byli akuszerami tysięcy przyszłych działaczy społecznych, pozarządowych aktywistów, pozytywistów pracujących u podstaw, nie mam co do tego wątpliwości. W tym sensie Strummer był działaczem politycznym, kimś, kim stara się dziś być Bono - tyle że w politykierstwie Bono jest pycha i narcyzm, u Strummera była prawda, cała prawda i tylko prawda. Nawet gdy lewitował w obłokach utopii i naiwności. Ale to znaczy tylko tyle, że tym bardziej dziś potrzeba nowego Strummera, osobliwie w tym momencie, gdy świat bierze ostry zakręt i nie bardzo wiemy, co za tym zakrętem będzie. W momencie gdy na ulice zaczynają wychodzić Oburzeni, powinni oni mieć swojego Strummera, kogoś boleśnie prawdziwego, bardziej wiarygodnego niż przebogate hollywoodzkie gwiazdy, które też są strasznie oburzone w swoich wielkich domach i ogromnych limuzynach. Pytanie pod rozwagę jest takie, czy dziś jest miejsce na zbuntowane zespoły i ich oszalałych z lekka liderów.
Ale niechaj Oburzeni zapamiętają słowa Strummera z filmu "Nienapisana przyszłość": "Taki jest punkowy etos: trzeba robić wszystko samemu, nikt ci niczego nie da". Jeden z komentarzy pod teledyskiem "Redemption Song" brzmi: "Joe na pewno kochałby ruch okupujących Wall Street". Na pewno. Pytanie, czy ten ruch pokochałby jego.
Jest w "Nienapisanej przyszłości" znamienna scena, gdy Strummer wścieka się na dziennikarzy, którzy chcą komentarzy do tego, że jeden z muzyków zwymiotował na lotnisku. Strummer żąda od nich, żeby nie rozmawiali o wymiotowaniu, ale o poważnych rzeczach, o życiu i śmierci.
Niestety, do dziś media, osobliwie elektroniczne, bardziej się interesują wymiotowaniem niż życiem i śmiercią.