http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polska jest Różą

Krzysztof Varga
2011-06-30, ostatnia aktualizacja 2011-06-30 12:45

"Róża" Wojciecha Smarzowskiego

czyli Smarzowski rozwala w drobiazgi

Krzysztof Varga
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Krzysztof Varga
Werdykt jury ostatniego festiwalu polskich filmów w Gdyni doprowadził do małej awantury w mediach, poszło oczywiście o to, że główną nagrodę dostał film Jerzego Skolimowskiego "Essential Killing", a nie "Róża" Wojciecha Smarzowskiego, która była faworytem publiczności i dziennikarzy. Rzucono jej na pocieszenie jedynie nagrodę za najlepszą rolę męską dla Marcina Dorocińskiego, nagrodę słuszną, bo Dorociński jest w tym filmie wybitny, nie pierwszy raz zresztą.

Jako że wszelkie tego typu awantury są dla kultury ożywcze, ja także postanowiłem się do tego sporu włączyć, albowiem oba filmy znam, "Różę" Smarzowskiego obejrzałem dopiero co, mam ją ciągle przed oczami, a kiedy oczy zamykam - mam ją pod powiekami, nie umiem się od niej uwolnić, po tym poznać dzieło wybitne, że nie daje spokoju i wciąż uwiera. "Róża" prześladuje mnie na jawie i wdziera się w moje sny, to jest film rozwalający widza na drobne kawałki, nie mówię tylko o sobie, widziałem ludzi wychodzących z załzawionymi oczami po pokazie, gdybym umiał płakać na filmach, to sam bym płakał.

Nie mieliśmy od lat w naszej kinematografii tak dojmującego filmu o Polsce, nie mieliśmy przynajmniej od poprzedniego filmu Smarzowskiego - "Dom zły", w którym upiorna zagroda Dziabasów była Polską do sześcianu, a zło i przemoc, które się tam działy, były czysto polskiej proweniencji, bo zło, choć uniwersalne, ma swoje lokalne emblematy. A sam Smarzowski to jest dzisiaj najbardziej polski reżyser, który Polską się przejmuje, który Polskę drąży, który od Polski uwolnić się nie umie, jego filmy to jest dziś właśnie "nowa szkoła polska": bezlitosna, dołująca, przejmująca, ważna jak alfabet, bez którego nie potrafilibyśmy się porozumiewać. I doprawdy groteskowe jest to, że na festiwalu polskich filmów nagrody nie dostaje arcypolska "Róża", ale pseudogłęboki, niby-uniwersalny film Skolimowskiego, skrojony pod światowe gusty. Doprawdy nie mam pojęcia, skąd te wszystkie nagrody, które "Essential Killing" zgarnął, za najlepszy film, za reżyserię, montaż, muzykę i zdjęcia, zaiste, szkoda, że nie dostał jeszcze jakiejś nagrody za dialogi, poczucie surrealizmu byłoby już wtedy bezdenne.

Otóż mniemam, że międzynarodowe jury, które w Gdyni decydowało o nagrodach, łyknęło film Skolimowskiego ze zwykłego lenistwa, jak sądzę, z niechęci do zrozumienia polskiego, lokalnego kontekstu, łatwiej im było zachwycić się filmem nie dość, że już na świecie znanym i nagradzanym, to jeszcze wpasowującym się bez mydła w aktualną tematykę - wojna w Afganistanie, tajne więzienia CIA, talibowie. Jurorzy łyknęli film co prawda dziejący się w Polsce, ale "światowy" do banalnej przesady, przejmujący jak budyń waniliowy, wstrząsający jak kisiel malinowy. Łatwiej im było zachwycić się samotną ucieczką taliba przez pięknie zaśnieżone Mazury, niż spróbować zrozumieć pokręconą, przerażającą, dramatyczną historię Mazur po ostatniej wojnie, którą Smarzowski pokazuje bez litości, stokroć drastyczniej i brutalniej niż Skolimowski swoją bajkę dla grzecznych dzieci zachodniego świata. Uderzę w niezbędny tu patos: jury przeraziło się owej prawdy i dlatego nagrodę dało filmowi nieprawdziwemu.

Przypomnę w dwu słowach, o czym jest "Róża" - na Mazury po wojnie przybywa były akowiec (Dorociński), zatrzymuje się tam u Mazurki, wdowy po niemieckim żołnierzu (Agata Kulesza - objawienie!), świat jednak nie da mu zaznać spokoju, nowa władza wsparta sowiecką pięścią i penisem Mazurów uważa za Niemców, których można rabować, wysiedlać i zbiorowo gwałcić. Akowiec Tadeusz wplątać się musi nieuchronnie w kłopoty, tym bardziej że między nim a Mazurką rodzi się miłość; miłość między zdruzgotanym przez wojnę i osobiste nieszczęście mężczyzną i rozbitą, zgnębioną, nieustannie gwałconą przez żołdactwo kobietą.

Oczywiście trywializuję fabułę, ale to jest film naprawdę prosty, tyle że historia jest skomplikowana, tej historii jury wcale nie zrozumiało, zapewne nie umiało skumać, o co chodzi. Jacy znów Mazurzy? Niby Niemcy, a mówią po polsku, niby Polacy, a jednak Niemcy? Za trudne to było, nie to, co film boksera Skolimowskiego, historia łatwa jak prawy prosty.

Być może natężenie gwałtów i okrucieństw w "Róży" było dla jurorów nieznośne, być może dobrano nie tylko słabo rozumiejących kino, ale i zbyt wrażliwych sędziów, być może w te gwałty i okrucieństwa nie uwierzyli, łatwiej im pewnie, międzynarodowym jurorom, uwierzyć w niezwykłe zezwierzęcenie Amerykanów gnębiących okrutnie jeńców z Al-Kaidy niż w zezwierzęcenie Sowietów palących, gwałcących zbiorowo i mordujących na zdobytych ziemiach. Tyle że te okrucieństwa amerykańskie pokazane w filmie Skolimowskiego to jest zwykłe łaskotanie w pięty w porównaniu z tym, co wyprawia żołdactwo w filmie Smarzowskiego. Żołdactwo każde, niemieckie, sowieckie, polscy ubecy, bo choć to Sowieci tam głównie gwałcą i mordują, to jest to film o złu uniwersalnym, które się w amoku wojny rodzi i potwornieje.

Tak jak nie rozumiem całej dyskusji o tym, czy ben Ladena wolno było odstrzelić, zamiast się z nim procesować latami, tak nie rozumiem, że jurorzy w Gdyni mogli być tak ślepi na film Smarzowskiego; ślepi, głusi, otępiali, pozbawieni cienia wyobraźni. Zresztą, na Boga, przecież to jury nie było całkiem międzynarodowe, przewodniczący Paweł Pawlikowski jest brytyjskim reżyserem, ale Polakiem, widziałem jego jeden ładny dość film "Lato miłości", Mariusz Treliński to polski reżyser, osobliwie ostatnio operowy, Maja Ostaszewska to polska aktorka. Czy polscy reżyserzy i polska aktorka naprawdę nie zobaczyli w "Róży" wielkiej, tragicznej prawdy? Czy Mariusz Treliński tak jest wysublimowany przez swoje operowe realizacje, że czegoś, co nie wznosi się kolorowo, ale pełznie po ziemi, charcząc i rzężąc, pojąć nie umie? Czy Ari Folman z Izraela, autor antywojennego "Walca z Baszirem", zobaczył większą prawdę o wojnie w filmie Skolimowskiego niż Smarzowskiego? Właściwie to żeby wydać taki werdykt, jurorzy nie musieli wcale żadnych filmów oglądać, wystarczyło im przyklasnąć zachwytom Tarantino nad "Essential Killing", przyklasnęli jednak przy okazji swojej myślowej niesamodzielności, swojemu intelektualnemu lenistwu, swojej wewnętrznej asekuracji.

Źródło: Duży Format
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':