Otwierający ten album numer "Whenever" to chyba najfajniejsza piosenka
Pixies, jaką słyszałem w ciągu ostatnich 20 lat. Charakterystyczny jazgot gitar, szczególna desperacja w wokalu, pewien specyficzny luz, melodyka, dysonanse, fajny refren - wszystko jest tutaj na swoim miejscu. Tylko głos wokalisty nie ten. Co nie powinno dziwić, bo śpiewa nie Frank Black, tylko Johnny Lloyd. Chłopak, który razem z trójką kolegów z londyńskiego Camden dwa lata temu założył Tribes. Do wspólnego grania pchnęła ich miłość do przełomu lat 80. i 90. Poza Pixies powołują się też na
R.E.M., Pavement i Nirvanę. Wzorce zacne, choć i trudne do doścignięcia. Tribes na razie są wciąż na dorobku, ale w co najmniej kilku miejscach "Baby" daje nadzieję, że wyrośnie z nich coś dobrego. "We Were Children", "Half Way Home" czy "When My Day Comes" to kawał solidnego gitarowego grania - bezczelnego, zadziornego, mającego za nic dzisiejsze hipsterskie mody. To jest rockowa płyta i Tribes ani przez chwilę nie udają, że jest inaczej, a w finale zadają dwa decydujące ciosy. Kończące płytę podniosły hymn "Alone Or With Friends" i obdarzony epickim refrenem "Bad Apple" zapewne idealnie sprawdzają się na zakończenie każdego koncertu. Aż miałoby się ochotę wyciągnąć z kieszeni zapalniczkę, rozpalić płomień i pomachać nim trochę nad głową.