Najbardziej zwraca uwagę akcent wokalisty. Brytyjski, może nie oksfordzki, ale kolski (z całym szacunkiem) też nie, wieje tu Szkocją. "Seu kleus", woła Damian Bończyk w "Corridors Of Sand", bardzo udanym punkcie startowym płyty. "Jeu pelin mi daun kleusa..." w "Linne". Na polskich podwórzach, na tych zmrożonych chełmońskich miedzach, rzadko śpiewa się w ten sposób. Dobry pomysł.
Tak samo ważne jak głos są klawisze, nasycone brzękiem i stłumione zarazem. Zespół chce łączyć indie z synthpopem - jest raczej odwrotnie, lata 80. spod znaku OMD są dla nich głównym punktem odniesienia. Patenty perkusyjne mogą się kojarzyć z
The National ("Colours Of Light"), ale Superxiu nie są aż tak nastrojowi jak nowojorczycy i nie tak zdecydowani brzmieniowo. To słychać w "Black Cat" łączącym wampiryczne jęki oraz taneczne brzmienie spod znaku "Kids" MGMT. Oprócz XXI-wiecznej wersji synthpopu słychać Editors ("Odyssey"), gitary jak z Radiohead ("False Lover"), a "Mermaid Song" to ilustracyjny ambient bez słów. Ciekawe składniki, ale do pogłosek w sprawie piorunującego skutku mieszanki wrócimy przy okazji kolejnej płyty Superxiu. Na razie podziwiamy piękne chmury.