Klasyk polskiego indie przetrwał
studia i przejście w dorosłość. Brzmi to coraz dojrzalej. Bydgoszczanie mają melancholię jakby szkocką, ale lubią otrzeć się o americanę. Gitarowe zabawy w cicho-głośno są już tylko jednym z elementów układanki. Sporo tu chłodnych pejzaży.
Ten album to nie zbiór utworów, tylko opowieść. Dlatego są one połączone ambientowym motywem, w którym szumi coś i piłuje. Muzycy układają dźwięki warstwami nawet w lżejszych utworach. Singel "Alpha Coma" wypada świetnie - to naturalny, lekki utwór jak z "Prostej historii" Lyncha. Jednak od początku obok głównego motywu buzują tu gitary w pogłosach, klawisze - jakby nad pogodną melodią unosił się jakiś ciemny duch. Odświeżające podejście. Najbardziej rozbudowany (i trzymający w napięciu!) "
The Hour Of Ghosts" obywa się bez głosu Magdy Powalisz, śpiewa
Kuba Ziołek, niezupełnie obcy pasażer na płycie GDS. Ten osłuchany i ograny gitarzysta dołączył do zespołu, żeby nagrać płytkę "The Large Glass" (2009). Wyszło super, został na dłużej - fajnie, ale dziś nie gra już z George Dorn Screams. Dlatego ciekawi mnie, jak poradzą sobie bez niego na koncertach. I czekam na nową płytę.