Ani się obejrzałem, a Joe Henry pochłonął mnie na parę dni. Facet po pięćdziesiątce, 12 płyt na koncie, szwagier Madonny - to nie wróżyło fajerwerków. Tymczasem gdy Henry
gra, przed oczami staje
Tom Waits, razem z pianinem, gitarą i kontrabasem. Blada twarz, czarny głos. Henry grał już i sam, i z jazzmanami (formatu Ornette'a Colemana), a to, co teraz go zaprząta, brzmi jak oczyszczone z ględzenia alt country. On i jego trzech ludzi grają zupełnie akustycznie, ale nie rzewnie - surowo i stylowo. Częściej pauzują, niż brylują. Jasne, że każdy może nagrywać z otwartym oknem i wprowadzić jako tło piosenek dźwięki przejeżdżających samochodów, ujadających psów, jest to jakaś droga dla nudziarzy. Ten nudziarzem jednak nie jest, a
muzyka, którą nagrał, jest młoda i intrygująca.
Na dzisiejsze standardy to bardzo obszerna płyta. Henry, "zakochany w całym stworzeniu", tak rozsmakował się w tworzeniu, że aż wyszła mu ponad godzina muzyki. Na długi jesienny wieczór?