Wiele hałasu w słusznej sprawie żywotności muzyki żydowskiej. Przychodzą młode samouki i rżną sentymentalną, a ognistą wyżej wymienioną, aż wióry lecą. Wchodzą na obszar jazzowy - dobrze improwizują, na teren noise'owy i rockowy - mają ekspresję. I o ile świetne żydowskie zespoły Raphaela Rogińskiego potrafią być w muzyce jak rabin: to rozmodlone, to pełne humoru, o tyle Daktari jest bardziej świeckie - mało tu napięcia, dużo luzu, świeżości. Utwory mają wiele wspólnego z muzyką klezmerską, ale przede wszystkim zespół rozsadza energia, w której jest coś z Sonic Youth, coś z The Ex. Nawet w nastrojowych utworach jak "Giborin" czy "Leaving Ashdod". Gdy wiodące, długie frazy trąbki i saksofonu tenorowego zderzają się z gitarową małą elektroniką, jest niebo ("Tęsknię").
Grupą kieruje trębacz Olgierd Dokalski. Mówi: "Chcemy robić coś nowego - rockowy brud, ale bez rockowego groove'u, muzykę opartą na jazzowej improwizacji". Wychodzi im, choć debiut z przyjemnością umieszczam jeszcze w rubryce rock.
Źródło: Duży Format