Hal Jordan (w tej roli umięśniony i gładki Ryan Reynolds - aktorskie drewienko) lubi adrenalinę i z nikim nie chce się wiązać. Pracuje jako pilot, jeździ szybkim
autem, kobietami jedynie się bawi. Wydaje się, że jest płytki, ale to tylko pozory. Tak naprawdę Hal wierzy w dobro, kocha tylko tę jedyną, cierpi, bo nie może pogodzić się ze śmiercią ojca. Abin Sur - kosmita, który walczy o ład we wszechświecie, dostrzegł to, co kryje się w jego głębi, i dlatego mianował go swoim następcą. Hal zyskuje nowe imię - Green Lantern, przemienia się w superbohatera, który za pomocą magicznego pierścienia może dokonywać cudów, zaczyna poznawać rzeczywistość, o której do tej pory nie miał bladego pojęcia.
Film Campbella, niezłego hollywoodzkiego rzemieślnika, ogląda się z niedowierzaniem. Trudno sobie wyobrazić, że ktoś w ogóle zdołał wymyślić świat rządzący się równie kuriozalnymi prawami. Fabuła godnie podąża za kuriozalnością świata. W obrazie też cuda-wianki. Film jest tak zły, że aż interesujący.