http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Green Lantern" reż. Martin Campbell

Jakub Socha
2012-01-05, ostatnia aktualizacja 2012-01-05 13:35

USA, 2011; dystr. Galapagos


Hal Jordan (w tej roli umięśniony i gładki Ryan Reynolds - aktorskie drewienko) lubi adrenalinę i z nikim nie chce się wiązać. Pracuje jako pilot, jeździ szybkim autem, kobietami jedynie się bawi. Wydaje się, że jest płytki, ale to tylko pozory. Tak naprawdę Hal wierzy w dobro, kocha tylko tę jedyną, cierpi, bo nie może pogodzić się ze śmiercią ojca. Abin Sur - kosmita, który walczy o ład we wszechświecie, dostrzegł to, co kryje się w jego głębi, i dlatego mianował go swoim następcą. Hal zyskuje nowe imię - Green Lantern, przemienia się w superbohatera, który za pomocą magicznego pierścienia może dokonywać cudów, zaczyna poznawać rzeczywistość, o której do tej pory nie miał bladego pojęcia.

Film Campbella, niezłego hollywoodzkiego rzemieślnika, ogląda się z niedowierzaniem. Trudno sobie wyobrazić, że ktoś w ogóle zdołał wymyślić świat rządzący się równie kuriozalnymi prawami. Fabuła godnie podąża za kuriozalnością świata. W obrazie też cuda-wianki. Film jest tak zły, że aż interesujący.

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':