Do hotelu Polonez w
Poznaniu przyjechał kierowca, żeby zabrać Violettę Villas na koncert do Leszna - ona nie schodzi. Pokojówka puka - cisza. Zarządzono, żeby otworzyć drzwi kluczem zapasowym. Szef hotelu z pokojówką wchodzą - nikogo nie ma. A pokój jest całkowicie zdemolowany. Porwane poduszki, fruwa pierze. Gdzie jest Violetta?!
Wezwano milicję. Rozpoczęło się regularne dochodzenie. Ale zanim się skończyło, artystka odnalazła się sama. Wpadła do hotelu, kompletnie przerażona.
- Zostałam porwana! Wywieziona! Chcieli mnie zgwałcić! - spazmowała.
W porwanym ubraniu, z potarganymi włosami, utytłana w piachu.
- Porwano mnie z hotelu, wywieziono do lasu!
Wyrwała się oprawcom, uciekała, aż dotarła do drogi. Zatrzymała jakiś
samochód. Milicjanci jeszcze nie skończyli spisywać zeznań, gdy zgłosił się taksówkarz:
- Pani Villas zamówiła kurs spod hotelu za miasto. Tam zapłaciła i kazała mi odjechać.
- Okazało się, że ona sama porwała na sobie ubrania i wytarzała się w ziemi. Upozorowała to wszystko! Albo chciała roztaczać wokół siebie taką aurę sensacji, albo coś jej się stało z głową - podejrzewa Bogusław Kaczyński.
*** Krzysztof Gospodarek nigdy publicznie nie przyzna, z jakim problemem jego matka wróciła z Las Vegas. Alkohol? Narkotyki? Początek choroby, z której nawrotami będzie zmagała się przez całe życie? A może wszystko naraz? Właśnie jego najbardziej dotkną skutki zachowań matki.
- Co jakiś czas byłem wyrzucany z domu po strasznych awanturach, nieważne, czy to była noc, czy dzień - opowie po latach dziennikarce Krystynie Pytlakowskiej.
- Nienawidziła pana, bo był pan dla niej ciężarem?
- Nie, ona już wtedy była chora. Myślę, że nienawidziła samej siebie, ponieważ okazała się za słaba wobec uzależnienia.
- Od alkoholu?
- Od różnych używek. Alkohol zaczął się dopiero później. Nie mogę opowiedzieć ze szczegółami, co się z nią działo. Lekarze to wiedzą. W każdym razie walczyła, bardzo cierpiała, chciała się wyleczyć, w samotności, bez niczyjej pomocy z zewnątrz. Co jakiś czas jej się to udawało. Niestety, potem znowu wracała do swoich używek. Wtedy zaczął się jej ostry zjazd w dół. Zrywane koncerty, niedotrzymywanie umów i terminów. Uciekałem do Lewina, do babci, potem wracałem do Magdalenki i znowu uciekałem. Dumny jestem z tego, że udało mi się nie zejść na złą drogę i nie zwariować.
*** Proszę państwa, za 15 minut zaczynamy! - głos inspicjenta zatrzeszczał w głośnikach i rozniósł się echem po garderobach i korytarzach teatru Syrena. Ostatni papieros, rzut oka w stronę lustra, ostatnie podkręcenie rzęs, ciut brylantyny i pudru.
Tego wieczoru w teatrze wszystko wydawało się pod kontrolą. Kierowca przywiózł Violettę Villas z Magdalenki na długo przed spektaklem. Na widowni jak zwykle komplet. Dyrektor Witold Filler wyjrzał zza kulis. Ciekawe, kto z oficjeli i partyjnego towarzystwa tym razem przyszedł do Syreny. Na swoim miejscu siedział już zaprzyjaźniony z teatrem (i jedną z tancerek) ambasador Węgier.
Inspicjent (ponaglająco): - Jeszcze pięć minut!
Już czas. Garderobiana delikatnie zapuka więc do drzwi oznaczonych gwiazdą. Tylko Villas tak wyróżniono. Ku skrywanemu niezadowoleniu reszty (zasłużonego przecież teatralnie) zespołu. Ale gwiazda w tym wypadku mogła być tylko jedna.