* 1937. W Hollywood przed gwiazdką *
Pewnego razu w zimie, kiedy śnieg prószył z nieba, królowa siedziała przy oknie o czarnej hebanowej ramie i szyła. A ponieważ spoglądała za okno, ukłuła się igłą w palec. Spłynęły trzy krople krwi. Czerwona krew tak pięknie wyglądała na białym śniegu, że królowa pomyślała sobie: "Chciałabym mieć dziecko białe jak śnieg, czerwone jak krew i czarne jak hebanowa rama tego okna". Wkrótce urodziła córeczkę białą jak śnieg, rumianą jak krew, z włosami czarnymi jak heban.
Na prapremierę "Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków" Walt Disney zaprosił gości tuż przed Gwiazdką. W Carthay Circle Theater, najsłynniejszej sali kinowej złotego wieku Hollywood, 21 grudnia 1937 stawili się Charlie Chaplin (w trakcie przygotowań do realizacji "Dyktatora"), młoda Judy Garland, Douglas Fairbanks, Carole Lombard i Marlene Dietrich.
Tam przez cienisty bór,
przez siedem rzek i gór
idzie ku mnie i nocą, i dniem
mój królewicz. Ja dobrze to wiem.
Dziennikarze dostrzegli, że John Barrymore (stał się gwiazdą po roli Hamleta) za ciemnymi okularami ukrywa zapłakane oczy.
Na widowni nie było żadnego dziecka.
Ale publiczność reagowała po dziecięcemu, spontanicznie. "Ludzie bili brawo w przerwach między scenami zupełnie tak, jakby oglądali spektakl teatralny. Nigdy potem czegoś takiego nie widziałem" - zapamiętał Disneyowski animator Wolfgang "Woolie" Reitherman.
Pierwsza pełnometrażowa animacja. Przepowiadano, że nikt nie wysiedzi na czymś takim. Oczy rozbolą od kolorów. A tu okrzyki zachwytu i owacja na stojąco. Siergiej Eisenstein, twórca "Pancernika Potiomkina", nazwał wkrótce "Królewnę Śnieżkę" najlepszym filmem w dziejach kina.
Naj, naj, naj. Na sukces pracowało 750 artystów. Dokładnie: 32 animatorów, 102 asystentów, 107 fazistów (wypełniali fazy ruchu), 20 speców od kompozycji, 25 od tła, 65 od efektów specjalnych (chmury, kurz, dym; wszystko, co się rusza, ale nie jest postacią) i aż 158 od malowania bohaterów na przezroczystych celuloidach. Stworzyli góry rysunków i szkiców, do filmu weszło ćwierć miliona. Chemicy w laboratoriach Disneya szukali nowych technologii, a operatorzy udoskonalili świeży wynalazek - kamerę wieloplanową. Dała wrażenie trzeciego wymiaru.
Historię Śnieżki od wieków powtarzano w różnych językach. Spisali ją bracia Grimm - romantyczni poszukiwacze źródeł niemieckiego ducha. Projektant Ken Anderson relacjonował, że Disney dostał bzika na jej punkcie. Pewnej nocy, gdy rysownicy po kolacji wrócili do studia, wezwał kilkudziesięciu z nich na plan. "Usiedliśmy na składanych krzesełkach, pogasły światła, a Walt przez cztery godziny opowiadał nam historię Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków. Nie tylko opowiadał, wcielał się w każdą z postaci. Byliśmy w szoku".
Projekt na taką skalę nikomu nie mieścił się w głowie. Do tego ryzykowny scenariusz: jedna postać zabija drugą - tak się nie robi w kreskówce. Ale Disney tak długo przekonywał, że się uda, aż wszyscy mu uwierzyli.
Nieformalne warsztaty dla animatorów w 1934 roku zorganizował rysownik Art Babbitt, potem prace przeniesiono do studia. Opiekę artystyczną nad animacją sprawował Don Graham z
Chouinard Art Institute. Zależało mu, by bohaterowie poruszali się płynnie, naturalnie, z wdziękiem. Na zajęcia przynosił ruchome ludzkie modele i objaśniał tajemnice motoryki.
Celuloidowa Śnieżka miała też prawdziwy kobiecy pierwowzór. Marjorie Belcher (wkrótce zasłynęła jako Marge Champion z duetu tanecznego Marge and Gower Champion) stukała za nią obcasami, jadła z miseczki, machała miotłą i zapinała guziki. Książę miał być podobny do Douglasa Fairbanksa.
W Hollywood film okrzyknięto "szaleństwem Disneya". Największym z wariactw były wpakowane pieniądze. Koszty oszacowano na 250 tysięcy dolarów, a czas produkcji na 18 miesięcy. Produkcja trwała trzy lata i pochłonęła 1,5 miliona.
Walt Disney zastawił dom. "Nie było mowy o oszczędnościach i kompromisach, a były to czasy, kiedy cały kraj zmagał się z kryzysem. Gdy budżet przekroczył wszelkie granice, sam zacząłem mieć wątpliwości, czy uda się odzyskać zainwestowane fundusze. Potem szok. Mój brat Roy powiedział, że musimy pożyczyć ćwierć miliona" - wspominał w wywiadzie.
Kto da kredyt pod skrawki filmu? Fragmenty "Śnieżki" obejrzał Joseph Rosenberg z Bank of America. Gdy zapaliły się światła, Disney nic nie wyczytał z jego twarzy. Rosenberg wstał, w milczeniu wyszedł z sali projekcyjnej. Wreszcie orzekł: "Walt, ten film zarobi fortunę".
Źródło: Duży Format