http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gadżeta nas czeka

Wojciech Orliński
2009-08-15, ostatnia aktualizacja 2009-08-18 11:04

Wojciech Orliński
Wojciech Orliński
Fot. Wojciech Duszenko / AG

Elektroniczny papier może mieć lekkość i elastyczność papierowej gazety. I bez problemu da się zabrać na plażę lub do łazienki

ZOBACZ TAKŻE
Kawa, pieczywo i "Gazeta Wyborcza" - wszystkie niezbędne składniki dobrego śniadania były już na stole, mógł więc rozpocząć kolejny dzień - 5 marca 2043.

Włączył "Wyborczą" i zaczął czytać główny artykuł na pierwszej stronie - był to duży komentarz do wczorajszej porażki polskiej reprezentacji z San Marino. A tyle nadziei polscy kibice wiązali z nowym trenerem, który już tym razem naprawdę miał nas poprowadzić do zwycięstwa!

Tak się zaczytał, że dżem skapnął na gazetę. Starł go szybkim ruchem serwetki, ale urządzenie zinterpretowało to jako gest zmiany użytkownika. Nigdy nie umiał się nauczyć tego gestu, zawsze zmianę użytkownika wywoływał ręcznie z menu, ale czasem uaktywniał go niechcący.

Gazeta przełączyła się na profil jego żony.

Zajmujący połowę pierwszej strony tekst o piłce nożnej zniknął bez śladu, migocząca reklama nowego chevroleta zmieniła się też w znacznie bardziej stonowaną reklamę nowych hipersonicznych połączeń Lufthansy.

Teraz głównym tekstem na pierwszej stronie było coś o mediatorach z WTO próbujących nie dopuścić do wybuchu kolejnej wojny gospodarczej między Eurazją a Mercosurem. W ich domu to żona rządziła finansami, on się na tym niespecjalnie wyznawał. Żona coś mu jednak wspominała, że jeśli ta wojna wybuchnie, giełdy się posypią i nici z planowanej wakacyjnej wyprawy na orbitę.

Zlizał dżem z palców - był świadom, że to brzydkie, ale to nie był żaden syntetyk, tylko stuprocentowy autentyk własnej produkcji! - i przełączył gazetę z powrotem na swój profil.

Artykuł o sporcie wrócił na czołówkę pierwszej strony, tym razem wzbogacony o klip wideo z konferencji prasowej trenera. "Wygraliśmy pierwszą połowę, to też się liczy".

Nawet słodycz organicznego dżemu nie pozwalała wytrzymać takiego idiotyzmu. Palcem musnął pole "skomentuj". Dolną połowę gazety zajęła wirtualna klawiatura.

Zaczął wpisywać obelgi pod adresem trenera, ale szybko się zmitygował - raz, że na ekranie dotykowym kiepsko się pisze, a dwa, że lepiej będzie to skomentować z normalnego terminalu, przy okazji przepuściwszy tekst przez wirtualnego radcę prawnego, który automatycznie oceni ryzyko procesowe.

Żeby się odprężyć, gestem dłoni wywołał w gazecie "Duży Format". Prawda, dziś zapowiadali specjalny numer z okazji 50. rocznicy tego dodatku - miał to być przegląd najdziwniejszych artykułów 50-lecia. Zauważył artykuł jakiegoś Orlińskiego z początku XXI wieku o tym, jak w przyszłości będzie wyglądało czytanie gazet - zaczął lekturę.

Bzdurne rojenia redaktorzyny sprzed lat tak go rozśmieszyły, że swoim rechotem w końcu obudził żonę...

Kto zabił gazety codzienne?

Czy w roku 2043 jeszcze będą wychodzić jakiekolwiek tradycyjne, papierowe gazety? Wiadomości, które teraz przychodzą z USA, każą w to wątpić. W 2008 roku wiele ważnych gazet całkowicie zrezygnowało z papieru i istnieją już tylko jako serwis internetowy. Dotyczy to tytułów tak poważnych, jak "Christian Science Monitor" (wbrew nazwie to świecka opiniodawcza gazeta ogólnokrajowa) czy wychodzący nieprzerwanie od 146 lat "Seattle Post Intelligencer". Wielki znak zapytania wisi zaś nad przyszłością prawdziwych gigantów, jak "Chicago Tribune" czy "Los Angeles Times".

W marcu tego roku stanem amerykańskiej prasy zajęła się senacka komisja handlu. W USA do dziś często przytaczany jest cytat z jednego z ojców założycieli, Thomasa Jeffersona, który powiedział, że gdyby miał do wyboru "rząd bez gazet albo gazety bez rządu, bez wahania wybrałby to drugie".

Wśród ekspertów zaproszonych przez komisję był David Simon, producent telewizyjny (znany w Polsce m.in. z serialu "Generation Kill" wyprodukowanego przez HBO), a przedtem wieloletni dziennikarz. Jego zeznanie było bardzo ostre: profesjonalne dziennikarstwo w USA umiera i nie widać dla niego ratunku, bo "pasożyt właśnie zabija nosiciela".

Pasożytem jest oczywiście internet. Wydawcy papierowi przyzwyczaili czytelników do tego, że wszystko, co jest dzisiaj rano w gazecie, można było wczoraj wieczorem przeczytać w internecie. I to za darmo. Pytanie: "ale jak na tym właściwie mamy zarabiać?", padło o kilka lat za późno.

W ten sposób ten przemysł "zarżnął sam siebie" - powiedział Simon. Internet kusił tym, że jest tani. Znacznie taniej jest udostępnić stronę internetową, niż wydrukować i rozkolportować papierowe egzemplarze. Taniej jest też zapełnić serwis internetowy amatorskimi blogerami niż wysłać reporterów "do Londynu, Faludży i siedziby parlamentu".

Technologia nam odda to, co odebrała

Być może jednak nadzieja na ocalenie prasy nadejdzie stąd, skąd nadeszło dla niej zagrożenie - ze strony nowych technologii. Ten tekst w końcu wielu ludzi przeczyta właśnie w wersji papierowej, chociaż ci ludzie mają dostęp do internetu i mogą go też przeczytać za darmo. Sam zawsze wolę czytać gazetę w wersji papierowej.

Dlaczego? Każdy czytelnik gazet ma swoją wersję odpowiedzi. Choć to niezbyt eleganckie, papierową gazetę można czytać przy jedzeniu (spróbujcie to z laptopem - ale nie obciążajcie mnie potem rachunkiem za wymianę beznadziejnie zapapranej klawiatury). Do tego papierowa gazeta może nam towarzyszyć w kąpieli oraz podczas innych czynności łazienkowych, przy których nawet osoba ciężko uzależniona od internetu oderwie się na chwilę od laptopa czy iPhona.

W wakacje łatwo się zaś przekonać o innej kluczowej różnicy. Papierową gazetę lub książkę można zabrać na plażę. W świetle słonecznym ekran telefonu czy komputera robi się nieczytelny, bo takie ekrany - czy to kineskopowy, czy to ciekłokrystaliczny - świecą własnym światłem, a więc konkurują ze światłem otoczenia.

Na rozsłonecznionej plaży przegrywają konkurencję, za to doskonale czytelne są w ciemnym pomieszczeniu. Z papierem jest odwrotnie, on wykorzystuje światło otoczenia. Im jaśniej, tym lepiej widać. W efekcie oczy mniej się męczą, choć na plaży mogą się przydać ciemne okulary.

A może technologią, która uratuje prasę, będzie gadżet, który zachowa wszystkie zalety papierowej prasy, a jednocześnie nie pozwoli na czytanie jej za darmo w internecie? Takim gadżetem może być eReader, którego w przyszłym roku wprowadzi na amerykański rynek firma Plastic Logic.

Firmę założyli naukowcy z Cambridge rozwijający tzw. elektronikę organiczną. Tradycyjne urządzenia elektroniczne najczęściej budowane są z nieorganicznych półprzewodników takich jak krzem. Krzem ma wiele zalet, ale jedną zasadniczą wadę - jest sztywny.

Elektronika organiczna pozwala tymczasem produkować obwody logiczne z elastycznego plastiku. Taki plastik można swobodnie wyginać, bez obawy można go też zalać wodą. Nie ma tutaj nic, co mogłoby się złamać czy ukruszyć, a więc nie powinna się pojawiać zmora tradycyjnej elektroniki, jaką są słabo kontaktujące styki.

Na naszych oczach elektronika organiczna przechodzi z laboratoriów do gotowych rynkowych produktów. eReader będzie jednym z pierwszych - choć na razie nie jest nawet znana data jego premiery. Ma być ogłoszona w styczniu przyszłego roku na targach CES, na razie ogólnie wiadomo o pierwszym kwartale 2010.

Gadżet z NRD

eReader wytwarzany jest blisko polskiej granicy, firma Plastic Logic wybudowała fabrykę w strefie inwestycyjnej opodal Drezna. Fabrykę trzeba było stworzyć od zera, bo proces technologiczny jest unikalny. Po prostu dotąd nie było na świecie ani jednej wytwórni gadżetów opartych na elektronice organicznej.

Nie są znane końcowe parametry urządzenia. Nie wiadomo, jaki będzie miało procesor ani nawet ile będzie mieć gigabajtów pojemności na przechowywanie dokumentów tekstowych. Wiadomo, że będzie pobierać poprzez sieć telefonii komórkowej aktualne wydania gazet, za których elektroniczną prenumeratę zapłaci użytkownik.

Nie wiadomo, jak dokładnie będzie wyglądało - wszystkie zdjęcia, jakie dotąd opublikowała firma, opatrzone są zastrzeżeniem, że końcowy produkt może mieć inny kształt i kolorystykę. Wiadomo jednak, że chociaż urządzenie mogłoby być elastyczne, nie podobało się to badanym uczestniczącym w tzw. testach focusowych. Sztywność będzie mu więc na razie nadawała obudowa.

W siedzibie firmy pozwolono mi się pobawić prototypem (przytwierdzonym do sztywnej obudowy zwykłą taśmą klejącą!) oraz jego wnętrznościami, czyli ekranem i plastikowym obwodem elektronicznym, który steruje jego obrazem.

Ekran na razie jest czarno-biały, za to czytelnością bije na głowę wszystkie komputerowe ekrany, z jakimi miałem dotąd do czynienia. Urządzenie stosuje technologię e-Ink. Po polsku przyjęło się to nazywać "elektronicznym papierem".

Działa to na zasadzie elektroforezy, czyli wymuszonej przez prąd wędrówki naładowanych cząsteczek barwnika zatopionego w plastiku. Działając elektrycznie w odpowiednim punkcie, możemy nadać mu różne stopnie szarości, od zupełnie czarnego do zupełnie białego.

W tej technologii nie mamy świecącego ekranu, tylko po prostu czarne litery na białym tle, dokładnie jak w przypadku papierowej gazety lub książki. Efektem jest nieporównywalnie mniejsze zmęczenie oczu (choć ubocznym skutkiem jest to, że nie można korzystać z urządzenia w ciemnym pomieszczeniu).

Dla osoby, która lubi rozbierać zabawki, by zobaczyć, co mają w środku, najbardziej zaskakujące jest to, że sam ekran już po wymontowaniu go z urządzenia nadal pokazuje to, co na nim było przedtem. Obraz nie zniknie, bo cząsteczki barwnika pozostały tam, gdzie je przedtem przywołał prąd elektryczny. Żeby zmienić ten obraz (lub choćby go wykasować), trzeba ponownie podziałać prądem.

Dzięki temu oczywiście samo zużycie energii jest znacznie mniejsze niż przy zwykłym komputerowym ekranie. On prąd pobiera przez cały czas, bez względu na to, czy na ekranie wciąż się zmienia obraz, czy cały czas wyświetlany jest ten sam dokument.

Co za tym idzie, o ile laptop trzeba ładować praktycznie codziennie, a komórkę raz na parę dni - eReader będzie wymagać uzupełnienia baterii raz na kilka tygodni. Dlatego na razie firma liczy na to, że pierwszymi klientami będą ludzie, którzy dużo podróżują i szybko polubią urządzenie pozwalające im na czytanie książek i gazet w podróży bez martwienia się wskaźnikiem poziomu baterii, na który wciąż nerwowo spoglądają użytkownicy laptopów i telefonów komórkowych.

Na razie czysta fantastyka

Gdybanie na temat przyszłości tego urządzenia to na razie czysta fantastyka. Być może przyszłość należy po prostu do coraz inteligentniejszych telefonów komórkowych - bo ludzie często podróżujący telefon zabierają i tak, więc pojawia się pytanie, po co im dodatkowy gadżet do czytania prasy.

Jednak o ile telefon komórkowy ma pewną naturalną barierę jeśli chodzi o jego miniaturyzację - można by już robić telefony mniejsze od karty kredytowej, ale dzwoniłoby się z nich raczej niezbyt wygodnie - to organiczna elektronika pozwala na jej obejście.

Wnętrzności obecnego eReadera - gdyby je wyjąć z usztywniającej obudowy - mają elastyczność kliszy fotograficznej. Człowiek się czuje, jakby trzymał w ręku zdjęcie rentgenowskie.

Jeśli jednak spojrzeć na postęp, jaki w ciągu dziesięciu lat zrobiły laptopy czy komórki, można śmiało zaryzykować takie gdybanie, że w przyszłości organiczna elektronika pozwoli na stosowanie znacznie cieńszego plastiku.

W roku 2043, w którym dzieje się akcja powyższego miniopowiadanka science fiction, elektroniczny papier może już mieć lekkość i elastyczność zwykłej papierowej gazety.

A to by oznaczało, że taką elektroniczną gazetę będzie można po prostu złożyć na pół lub zwinąć w rulonik i włożyć do torby czy do kieszeni. I bez najmniejszego problemu zabrać na plażę. Lub do łazienki.

Gdyby tak było, to wreszcie mamy promyczek nadziei, którego przed kongresową komisją nie umiał odnaleźć David Simon. Czytanie gazety w postaci płachty jest nieporównanie wygodniejsze od czytania gazety w postaci strony WWW na ekranie.

Skoro elektroniczna gazeta będzie przychodziła "sama", po prostu za pośrednictwem sieci telefonów komórkowych, to będzie tak, jakbyśmy zawsze mieli przy sobie najaktualniejsze wydanie naszego ulubionego dziennika - a przy okazji archiwum wcześniejszych wydań, bez bałaganu, bez konieczności porządkowania ich w zszywki.

To już może być warte wykupienia prenumeraty, zwłaszcza jeśli ktoś jednocześnie kupuje sobie drogi gadżet. Jeśli więc prasa w ogóle ma przyszłość, to najprawdopodobniej wygląda ona właśnie tak.

Źródło: Duży Format
  • 36 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    54 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':