http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Piżama Wolfowitza

Mariusz Zawadzki
2012-02-12, ostatnia aktualizacja 2012-02-13 12:32

Dzieci bawią się w wojskowych barakach w Bakubie, 49 km na północ od Bagdadu, czerwiec 2003 r.
Dzieci bawią się w wojskowych barakach w Bakubie, 49 km na północ od Bagdadu, czerwiec 2003 r.
Fot. KARIM SAHIB AFP

"Zwykłe rakiety wydawały mi się czymś banalnym i niewartym zachodu. Postanowiłem wspiąć się od razu na najwyższy stopień wtajemniczenia i kupić sprzęt, którym można zestrzelić samolot". Fragment książki "Nowy wspaniały Irak"

Na wywróconym wózku, przyciągniętym przez osiołka, były rakiety, którymi zaatakowano bagdadzkie hotele: Palestine i Ishtar Sheraton, zamieszkane przez dziennikarzy. Bagdad, listopad 2003 r.
Fot. Joe Raedle Getty Images
Na wywróconym wózku, przyciągniętym przez osiołka, były rakiety, którymi...
Mariusz Zawadzki, ''Nowy wspaniały Irak'', wydawnictwo W.A.B.
Mariusz Zawadzki, ''Nowy wspaniały Irak'', wydawnictwo W.A.B.
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
W pierwszych miesiącach po wojnie, kiedy samoloty pasażerskie jeszcze nie docierały do Bagdadu, jeździło się tam samochodem. Jesienią 2003 roku w Ammanie, stolicy Jordanii, wynająłem wielkiego dżipa z ciemnymi szybami i malunkami groźnych bojowników na drzwiach. Dwaj młodzi bracia, zagorzali zwolennicy Organizacji Wyzwolenia Palestyny, zgodzili się dowieźć mnie na miejsce za jedyne 300 dolarów. Mieli kałasznikowa, co budziło moje przerażenie, ponieważ - jako osobnik notorycznie uchylający się od służby wojskowej - pierwszy raz w życiu widziałem karabin. Tymczasem dla braci ciągłe jego przeładowywanie, rozkładanie na części, czyszczenie i składanie było źródłem niegasnącej radości.
Droga - prawie tysiąc kilometrów - wiodła prostą jak drut autostradą. Z prędkością 150 kilometrów na godzinę pędziliśmy przez bezkresną pustynię, która później stała się areną niezliczonych potyczek, porwań i zamachów bombowych. Ale wtedy nie czuło się żadnego zagrożenia. Na przednich siedzeniach niesforni bracia wygłupiali się, szturchali i wyrywali sobie kałasznikowa jak dzieci zafascynowane nową zabawką. Kiedy dotarliśmy do Bagdadu, całkowicie stracili rozum. Pchali się jak taran przez wszystkie skrzyżowania, czasami nawet pod prąd, z absolutną pogardą dla przepisów, znaków i świateł. Samochody dookoła, przeważnie dwa razy mniejsze od naszego dżipa, ustępowały bez protestu. A palestyńscy bracia wrzeszczeli triumfalnie i trąbili wniebogłosy.
Dopiero kilka dni później zrozumiałem, że zachowywali się normalnie. Tak właśnie wyglądał bagdadzki ruch uliczny: odważni jechali do przodu, a tchórze stali w miejscu. Z reguły nie było prądu, dlatego kierowcy odzwyczaili się od czerwonych świateł. Nie uznawali ich, nawet jeśli gdzieś akurat działały. Na skrzyżowaniach kłębiły się roje aut i każde próbowało przebić się w swoją stronę.

Ten powszechny chaos dawał się nawet lubić, bo dodawał miastu energii i radosnej dezynwoltury. Bagdad był wtedy tętniącą życiem metropolią. Sklepy, kafejki i bary wypełniali ludzie, którzy cieszyli się przywiezioną przez Amerykanów wolnością. Co wieczór chodziliśmy z Dżamalem, moim tłumaczem, do ekskluzywnej syryjskiej restauracji i zażywaliśmy tam nieziemskich rozkoszy podniebienia, za które wystawiano rachunki tak śmieszne niskie, że płacąc, czułem się jak złodziej.
Na ulicach wciąż spotykaliśmy jakichś krewnych, przyjaciół albo znajomych Dżamala; zaczepiali nas i zapraszali do siebie do domu, dlatego nigdzie nie mogliśmy zdążyć na czas. Panowała niespotykana w innych stolicach świata serdeczność. Wspominam to wszystko jak przez mgłę i z niedowierzaniem, bo w następnych latach samochodów i ludzi było coraz mniej, a czasem ulice całkowicie pustoszały. Bagdad zamieniał się w miasto widmo, o którym w XII wieku pisał Ibn Dżubajr, podróżnik z Andaluzji. Wszystkie kolory stopniowo zastępował szary - kolor betonu i piasku, z których budowano setki kilometrów fortyfikacji wzdłuż głównych ulic, bazarów, urzędów, posterunków policji, hoteli, szkół i różnych innych miejsc nadających się do podłożenia bomby. Nawet palmy, które na zdjęciach z egzotycznych wakacji uwodzą zielenią, w Bagdadzie były szare, pokryte kurzem i przygnębiające.

Ale jesienią 2003 roku powodów do niepokoju i przygnębienia było jeszcze niewiele. Raz na kilka tygodni gdzieś w Bagdadzie wybuchała bomba. Jak na standardy unijne to oczywiście bardzo często, ale jak na miasto, w którym trzy lata później bomby wybuchały codziennie - niezmiernie rzadko. W hotelu Ishtar Sheraton goście domagali się pokojów z widokiem na rzekę Tygrys - nie ze względu na urodę krajobrazu, tylko dlatego, że na drugim brzegu była Zielona Strefa, wydzielona dla Amerykanów część miasta, więc stamtąd rebelianci nie mogli strzelać do okien. Lokatorzy z wyższych pięter narzekali na przeszklone windy. Zamiast napawać się panoramą miasta, zrzędzili, że zaprojektowane zgodnie z najnowszymi trendami światowej mody są one do bagdadzkich realiów zupełnie niedostosowane, bo ich pasażerowie stanowią znakomity cel dla snajperów. Najwięksi defetyści, przeklinając ambicję irackich architektów, wchodzili po schodach. W powietrzu unosiło się coś nieokreślonego i złowrogiego, co zatruwało ludzkie serca. Nawet przybysze z innego świata - tacy jak ja - po pewnym czasie orientowali się, że powszechna serdeczność to tylko złudzenie

Któregoś ranka w hotelowym holu spotkaliśmy starą znajomą Dżamala, dziennikarkę. Oboje rzucili się sobie w ramiona, wycałowali i we trójkę poszliśmy na śniadanie. Przy stole wiele było śmiechu i radosnych wspomnień, ale kiedy Dżamal poszedł do łazienki, dziennikarka powiedziała ściszonym głosem, żebym uważał na tego człowieka, bo ma on bardzo podejrzane kontakty i może być szpiegiem rebeliantów. Gdy Dżamal wrócił, ona z kolei wyszła do łazienki. Wtedy Dżamal powiedział ściszonym głosem, żebym uważał na tę kobietę, bo ma ona bardzo podejrzane kontakty i nie należy wierzyć w ani jedno jej słowo.
Jesienią 2003 roku niektórzy bagdadczycy nie byli jeszcze zdecydowani, czy walczyć z Amerykanami, czy robić z nimi interesy. Przed takim dylematem stał niejaki Ahmed, jeden z niezliczonych znajomych Dżamala. Miał on spory skład broni: kilkaset rakiet, granatników oraz wyrzutni typu katiusza. Wierzył, że dzięki temu żelastwu się wzbogaci. W Iraku handlowało się bronią jeszcze za Saddama. Żołnierze kradli karabiny z magazynów i sprzedawali w mieście, żeby dorobić do żołdu. Kiedy piłkarze wygrywali jakiś ważny mecz, cały Bagdad wylegał na dachy i pruł w niebo z kałasznikowów. Nawet Saddam musiał to słyszeć w swoich pałacach, ale doskonale wiedział, że lekka broń mu nie zagraża, więc łaskawie przymykał oko. Kiedy wkraczali Amerykanie, iracka armia porzucała bazy w popłochu i bez ochrony. Różni cwaniacy, głównie dezerterujący oficerowie, ładowali broń na ciężarówki i przewozili do kryjówek. Ahmed dostał cynk od brata, majora artylerii, że jest duża partia rakiet i granatników do zagospodarowania. Nie wahał się ani chwili.
Amerykanie chyba początkowo zlekceważyli zjawisko rozkradania baz wojskowych, a może po prostu w ogólnym chaosie nie potrafili wszystkiego ogarnąć.

Broni było tyle, że stała się śmiesznie tania. Na bazarze w Bagdadzie najtańszy używany kałasznikow kosztował 50 dolarów - co prawda w wersji rumuńskiej, na którą wszyscy narzekali, bo strasznie się grzała i zacinała. Za nowiutki rosyjski oryginał żądano trzy razy więcej. Wianuszek granatów, których chętnie używali do połowów ryb iraccy wędkarze, wyceniano na zaledwie kilka dolarów. Oczywiście rakiety, granatniki i katiusze Ahmeda trudno byłoby sprzedać na bazarze. Jako dobry iracki patriota najpierw złożył ofertę rebeliantom, ale zaproponowali mu nędzne grosze. Postanowił poczekać na lepsze czasy. Pół roku po wojnie wydawało się, że się doczekał. Amerykanie ogłosili, że skupują rakiety ziemia - powietrze, a kontrahentom gwarantują amnestię bez żadnych pytań o pochodzenie broni.
Ahmed miał nieco inny asortyment na składzie, ale postanowił spróbować szczęścia. Na piśmie przygotował profesjonalną ofertę handlową i ruszył do najbliższej bazy wojsk USA. Ku jego zdumieniu nawet nie wpuścili go do środka! Nie zraził się i pojechał do innej bazy. Tam przyjął go jakiś kapitan, który oznajmił, że zwykłych rakiet i granatników nie skupują. Gdyby miał rakiety ziemia - powietrze, to co innego. Ahmed był zdegustowany Amerykanami. Nie posłali za nim nawet żadnego szpiega, co - jego zdaniem - dowodziło już kompletnego idiotyzmu i krótkowzroczności.
- Ci głupcy i tak dostaną te rakiety! - mówił oburzony. - Tylko że na swoich czołgach, wozach i helikopterach! Czy warto ryzykować życie żołnierzy dla marnego pół miliona dolarów?! Nie mam wyboru: sprzedam to rebeliantom. Oferują śmieszne pieniądze, ale lepsze to niż nic...
Ahmed nie zdążył zostać bogaczem, bo kilka dni po naszej rozmowie zastrzelili go nieznani sprawcy. Zapewne miał pecha i trafił na nieuczciwych ludzi, którzy postanowili przejąć jego skład broni za darmo.
Gdyby pożył kilka dni dłużej, miałby satysfakcję, że się nie pomylił w swoich przewidywaniach. Do Iraku przyleciał wtedy Paul Wolfowitz, zastępca sekretarza obrony USA. Zamieszkał w hotelu Raszid, na skraju amerykańskiej Zielonej Strefy. Rankiem 26 października 2003 roku naprzeciwko hotelu przystanął osiołek z przyczepką. Była w niej zamaskowana wyrzutnia rakiet typu katiusza. Przyczepkę ustawiono tak, żeby trafić w okno Wolfowitza na dwunastym piętrze.

Jeśli trzeba by wskazać człowieka, który najbardziej przyczynił się do obalenia Saddama Husajna, to nie będzie nim prezydent George W. Bush ani wiceprezydent Dick Cheney, ani sekretarz obrony Donald Rumsfeld, tylko właśnie Paul Wolfowitz. Jego ojciec, wybitny żydowski matematyk z Warszawy, w latach 30. wyemigrował do Ameryki i dzięki temu uratował się przed Holocaustem. Cała rodzina, która została w Polsce, zginęła w komorach gazowych. Dlatego odrazę do tyranów miał Wolfowitz niejako we krwi. Ze wszystkich tyranów świata najbardziej irytował go właśnie Saddam, który systematycznie odgrażał się Izraelowi. Wolfowitz lubił porównywać prezydenta Iraku do Hitlera.
- Polakom pamiętającym II wojnę światową nie trzeba tłumaczyć, czym kończy się pobłażanie despotom - mówił jesienią 2004 roku na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie dziękował Polsce za udział w inwazji na Irak.
Irackiego despotę krytykował Wolfowitz już na początku lat 80., kiedy było to niemodne. Jego późniejszy szef Rumsfeld jeździł wtedy do Bagdadu i oferował Saddamowi pomoc w wojnie z irańskimi ajatollahami. Ameryka bała się, że islamska rewolucja rozleje się na cały Bliski Wschód, dlatego potajemnie wspierała Irak. W 1991 roku Wolfowitz, wówczas podsekretarz w Departamencie Obrony, przeżył wielki zawód: prezydent George H.W. Bush (ojciec) wygnał iracką armię z Kuwejtu, ale nie chciał obalić Saddama. To urągało nie tylko moralnemu porządkowi, ale także wizji świata pod przewodem Ameryki, która wtedy już jasno świeciła w głowie Wolfowitza. Precyzyjnie wyraził tę wizję w nowej doktrynie obronnej, nad którą pracował po upadku Związku Radzieckiego. Fragmenty doktryny opublikował "New York Times" w marcu 1992 roku: "Po zakończeniu zimnej wojny nie możemy dopuścić, żeby pojawił się nowy rywal dla Ameryki. To jest nasz główny cel. Musimy udaremnić wrogim siłom wszelkie próby dominacji w regionach, których zasoby naturalne pozwoliłyby im aspirować do roli światowego mocarstwa. Na Bliskim Wschodzie naszym głównym celem jest pozostać dominującym mocarstwem i utrzymać dostęp do złóż ropy".
Wolfowitz zyskał niezwykłą popularność w kręgach neokonserwatystów, którzy mieli dokładnie takie same plany. W 1997 roku ogłosili Project for the New American Century (Projekt dla Nowego Amerykańskiego Stulecia). W liście otwartym podpisanym między innymi przez Wolfowitza, Cheneya i Rumsfelda zażądali od prezydenta Billa Clintona, żeby zbrojnie obalił reżim Saddama. Twierdzili, że iracki dyktator, po zdobyciu broni masowego rażenia, może zagrozić Ameryce i światu. Clinton zignorował neokonserwatystów. Z ich rad nie zamierzał też korzystać George W. Bush - nawet po 11 września 2001 roku. Na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego po zamachach w Nowym Jorku i Waszyngtonie Wolfowitz, wtedy już zastępca sekretarza obrony, zaproponował prezydentowi:
- A może powinniśmy zaatakować nie tylko Al-Kaidę w Afganistanie, ale także Irak? To okrutny, ale słaby reżim. Możemy z nim skończyć bardzo łatwo...

Przynęta nie chwyciła. Bush był w szoku, nie chciał jeszcze zmieniać świata. Zachował się jak zwykły kowboj z Teksasu i ruszył w pościg za tymi, co zaatakowali jego ranczo.
Od tamtej pory jednak Wolfowitz systematycznie szeptał do prezydenckiego ucha, że trzeba uderzyć na Irak. W swoim szefie, Rumsfeldzie, znalazł wiernego sojusznika. Obydwaj przynosili do Białego Domu coraz to nowe dowody przeciwko Saddamowi. W Departamencie Obrony stworzyli specjalną komórkę, która szukała tych dowodów, ponieważ CIA jakoś nie potrafiła ich zdobyć. Papiery na Saddama skwapliwie podrzucał im milioner Ahmed Szalabi, wygnaniec z Bagdadu - nienawidził on irackiego dyktatora i miał nadzieję go zastąpić. Ludzie Szalabiego opowiadali Amerykanom barwne historie o tajnych laboratoriach broni chemicznej i biologicznej oraz o groźnych islamskich terrorystach, których niańczy Saddam.
Wolfowitz zapewne wierzył w te zmyślone opowieści, ponieważ człowiek, jeśli bardzo czegoś pragnie, potrafi uwierzyć we wszystko. Po 11 września był już przekonany, że trzeba zmienić cały Bliski Wschód, ponieważ stamtąd wywodzili się fanatyczni muzułmanie, którzy zaatakowali Amerykę. Irak wydawał się idealnym miejscem, żeby tę zmianę rozpocząć. Po pierwsze, Irakijczycy mieli dość dyktatury.
- Jestem pewien, że powitają nas jak wyzwolicieli - prorokował Wolfowitz w lutym 2003 roku w Kongresie, na miesiąc przed inwazją.
Po drugie, państwo Saddama wydawało się nieźle przygotowane do demokracji w stylu zachodnim. Rządząca Irakiem partia Baas głosiła ideały postępu, świeckiej władzy i równości kobiet, więc osłabiła wpływy islamu.
Po trzecie, Irak leży na ropie. Nowy Bliski Wschód miał być demokratyczny, wolny i wdzięczny Ameryce. Okrutny tyran miał zostać ukarany. Arabscy terroryści mieli utracić grunt pod nogami. Ameryka miała dostać w nagrodę słodką pewność, że przynajmniej do roku 2050 nie zabraknie jej ropy. Czyż mogło być coś piękniejszego dla Bliskiego Wschodu, dla Ameryki i dla całej ludzkości? Oczywiście, że nie mogło. Dlatego dla Wolfowitza było jasne, że prezydenta Busha uda się do tego szlachetnego i pożytecznego projektu przekonać.

Rakiety nie trafiły w okno Wolfowitza. Najbliższa celu wpadła do pokoju na jedenastym piętrze, dokładnie pod nim, i zabiła amerykańskiego majora. Zastępcę sekretarza obrony atak zaskoczył podczas porannej toalety, podobnie zresztą jak i innych członków delegacji z Waszyngtonu. Wybiegali z pokojów w piżamach i chowali się w hotelowym holu.
- Widzieli ich tam wszyscy: dziennikarze, portierzy, sprzątaczki. Wtedy Wolfowitz nie był już wiceszefem największej armii na świecie, ale roztrzęsionym, uciekającym w popłochu człowieczkiem w piżamie! - śmieje się Pułkownik.
Ma około pięćdziesiątki, szarą twarz, ale oczy żywe, wesołe. Gada niemal bez przerwy. Nienawidzi Żydów, dlatego o piżamowym upokorzeniu Wolfowitza mógłby prawić godzinami. Przed wojną był oficerem wywiadu wojskowego w Bejrucie. Teraz - jak sam się przedstawia - pracuje jako konsultant w ruchu oporu. To jedno z kilku zajęć, których się ima, żeby utrzymać rodzinę. Handluje też bronią.
Znaleźliśmy go z Dżamalem, szukając rakiety ziemia - powietrze. Po historii nieszczęsnego handlarza Ahmeda granatniki i zwykłe rakiety wydawały mi się czymś banalnym i niewartym zachodu. Karabiny maszynowe spowszedniały mi już wcześniej. Postanowiłem wspiąć się od razu na najwyższy stopień wtajemniczenia i kupić sprzęt, którym można zestrzelić samolot.
Spotkaliśmy się z Pułkownikiem przed bazarem w centrum Bagdadu. Oparty o czarnego mercedesa, czekał razem z wąsaczem w tradycyjnej arabskiej dżalabii, który nigdy się nie odzywał. Pułkownik natomiast ubierał się po europejsku, nosił spodnie i koszulę, jak większość mężczyzn w stolicy Iraku.

Dżamal był mistrzem pierwszego kontaktu, potrafił natychmiast zjednywać sobie ludzi. Tak było i tym razem - po kilku minutach poklepywali się z Pułkownikiem po plecach i żartowali jak starzy przyjaciele. Pułkownik opowiadał nie tylko o hotelu Raszid, ale także o zestrzeleniu helikoptera Chinook tydzień później. Zginęło 16 żołnierzy - Amerykanie ponieśli wtedy największą stratę od końca wojny.
- Helikoptery zawsze latają parami - wyjaśnił Pułkownik. - Wyrzucają na boki flary, to zmyłka dla rakiet naprowadzanych czujnikiem na źródło ciepła. Jedna rakieta prawie nigdy nie wystarczy. Wybierasz helikopter do zestrzelenia, zwykle ten z tyłu, i odpalasz kilka rakiet. Zanim ci z przodu się zorientują i zawrócą, masz parę sekund więcej na ucieczkę. Gdybyś zaatakował przedni, tylny od razu zrobi z ciebie marmoladę. Na chinooka poszły dwie rosyjskie strieły, ale trafiła tylko jedna. Nasi zaczaili się w gaju daktylowym pod Falludżą; Amerykanie często latają tamtędy do Bagdadu.
Pułkownik nie był fanatykiem, raczej cynikiem. Narzekał na Saddama, który przez swoją głupotę sprowokował Amerykę do inwazji, choć przecież nie miał żadnej broni masowego rażenia. Ameryce nie mógł darować, że zniszczyła państwo, w którym tak dobrze mu się żyło.
- Byłem szanowanym oficerem, niczego mi nie brakowało. A teraz przez tych dwóch idiotów, Saddama i Busha, jestem bezrobotnym lumpem. W takiej sytuacji znajduje się wielu ludzi w Falludży. Nie mamy wyboru, musimy wykurzyć Amerykanów...
Kiedy wreszcie przeszliśmy do interesów, Pułkownik nie krył rozczarowania, że chcemy kupić tylko jedną rakietę ziemia - powietrze.
- Cóż, niech będzie i jedna... Ale strieły rozeszły się. Mamy tylko europejski zamiennik.
Jak wszyscy szanujący się handlarze bronią Pułkownik taktownie nie zapytał, co zamierzamy z nią zrobić. Szybko dobiliśmy targu: 400 dolarów za komplet, czyli wyrzutnię i zamontowaną w niej rakietę.
- Gdzie dostarczyć?
Pułkownik przechwalał się, że mogę wskazać dowolne miejsce w Bagdadzie, nawet pokój w hotelu. Ale na poważnie umówiliśmy się: plac Mansura, przy straganie z napojami, po południu.
O czwartej po południu na placu kalifa Mansura nie było czarnego mercedesa. Za to przy straganie z papierosami stał wąsaty i jak zwykle niemy towarzysz Pułkownika. Wsiadł do naszego auta i skinął ręką, żeby jechać przed siebie. Po kilku minutach zobaczyliśmy w lusterku czarnego mercedesa. Wąsacz pokierował nas w boczną uliczkę. Stanęliśmy, a mercedes zaraz za nami. Pułkownik wysiadł i otworzył bagażnik. Zdjął płócienne worki naciągnięte na wyrzutnię z obu stron i zobaczyliśmy ją w całej okazałości. Szarozielona tuba miała dobrze ponad metr długości i 20 centymetrów średnicy. Rakieta zamontowana w środku była chyba z plastiku, trochę przypominała zabawkę. Cały zestaw - wyrzutnia z rakietą - ważył przynajmniej kilkanaście kilogramów. Pułkownik niecierpliwił się. Wąsacz trzymał rękę w kieszeni dżalabii, w której odciskał się pistolet. Nie było co zwlekać. Zapłaciłem i przełożyliśmy rakietę do bagażnika Dżamala.
- Jak przejechaliście z nią amerykańskie checkpointy po drodze z Falludży? - spytałem.
- To nasza praca - dopiero teraz Pułkownik uśmiechnął się tak jak rano.
Wsiedli do mercedesa i odjechali.
A my nagle zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy z tą rakietą w bagażniku jedną wielką alegorią amerykańskiej inwazji na Irak. Łatwo ją zdobyliśmy, lecz zupełnie zapomnieliśmy zaplanować, co dalej. Trzeba oddać rakietę Amerykanom - ale jak?
Jeśli żołnierze zobaczą, że zbliżamy się do nich z czymś podobnym do rakiety, co w dodatku naprawdę jest rakietą, to nas zastrzelą. Wcześniej może nas zabić ona sama, jeśli przypadkiem odpali w bagażniku podczas jazdy.
Jeśli z kolei złapią nas z rakietą schowaną w bagażniku, zostaniemy niechybnie aresztowani. Ja wyjdę najdalej za kilka dni - jako dziennikarz z sojuszniczego kraju. Dżamal może posiedzieć kilka miesięcy albo i lat.
Najpierw trzeba z tej idiotycznej historii wyplątać Dżamala. Pojechaliśmy w rejon mostu Republiki, który prowadzi do Zielonej Strefy. Na końcu bocznej uliczki znaleźliśmy obskurny hotelik. Nocleg kosztował tam dolara. Dżamal zagadał recepcjonistę, a ja wniosłem rakietę - w dwóch workach po bokach - do pokoju na pierwszym piętrze. Na środku stało żelazne łóżko, poza tym była jeszcze betonowa podłoga, sufit z zaciekami, zagrzybione ściany i okno. Jak za jednego dolara i tak nieźle. Ściągnęliśmy worki i dopiero wtedy dokładnie obejrzeliśmy naszą zdobycz. Na wyrzutni widniał napis MILAN, rzędy cyfr, liter i swojsko brzmiący wyraz "werke". Położyliśmy ją delikatnie na podłodze, a na łóżku zostawiliśmy kartkę z ostrzeżeniem po arabsku: "Uwaga, niebezpieczna rakieta! Nie ruszać, grozi eksplozją! Zaraz będzie tu policja!". To na wypadek, gdyby personel hoteliku miał w zwyczaju myszkować po pokojach pod nieobecność gości.
Dżamal pojechał do domu, a ja złapałem taksówkę i kazałem się zawieźć na drugą stronę rzeki, pod bramę Zielonej Strefy, niedaleko hotelu Raszid. Zwykli śmiertelnicy mogli przekroczyć tę bramę tylko pieszo. Najpierw czekali w kolejce przed checkpointem irackim, gdzie wszystkich wstępnie przeszukiwano. Potem szli około stu metrów wzdłuż drutów kolczastych - do checkpointu amerykańskiego, tam kontrolowano ich bardziej dokładnie. Iraccy strażnicy występowali w charakterze mięsa armatniego - ewentualni samobójcy mogli się wysadzić tylko przy nich.

- Mam schowaną na mieście rakietę ziemia-powietrze i chciałbym ją przekazać armii USA - oświadczyłem, kiedy wreszcie dotarłem do amerykańskiego checkpointu. Żołnierzy ta deklaracja wyraźnie rozbawiła. - Rakietę? A jesteś pewien, że tylko jedną?
Dopiero, kiedy opowiedziałem historię rakiety, wysłali mnie do Centrum Konferencyjnego. Tam czekał już wysoki, ostrzyżony na jeża oficer. - Porucznik Wendell Bruce Hays - przedstawił się.
Chwilę pomilczeliśmy, w końcu porucznik sięgnął do kieszeni po paczkę marlboro.
- Zapalisz?
- Dziękuję, nie palę.
Hays niespiesznie wyjął papierosa, zapalił i zaciągnął się z lubością.
- A więc powiadasz, że masz rakietę?
W duchu złożyłem mu gratulacje: zawodowy aktor nie odegrałby tego lepiej. Kiedy ponownie opowiadałem historię rakiety, porucznik obserwował mnie wzrokiem doświadczonego psychiatry, a potem zaprosił do biura i wydobył z szafy pokaźną teczkę z napisem "SECRET". Zawierała dziesiątki zdjęć najróżniejszych rakiet; poprosił, żebym znalazł swoją. Trochę to trwało, bo laikowi wszystkie rakiety wydają się podobne. Ale udało się.
- Teraz ci wierzę - oznajmił Hays. - Niestety, trafiłeś na oszustów. To nie jest rakieta ziemia - powietrze, tylko przeciwczołgowy milan. Produkcja francusko-niemiecka. Nowszej wersji używają w Iraku Brytyjczycy. Trudno nim zestrzelić helikopter, chyba że startuje albo prawie zawiśnie w powietrzu. To nie jest rakieta typu "wystrzel i zapomnij". Po odpaleniu musisz patrzeć na cel przez wizjer i nie ruszać się. Rakieta leci tam, gdzie celujesz. Lot może trwać ponad dziesięć sekund, w tym czasie wróg ma szansę cię zlokalizować i zabić. Pewnie dlatego ci ją sprzedali. Zbyt ryzykowna zabawka.

Byłem wściekły na Pułkownika i na siebie, że dałem się podejść jak dziecko. Tyle zachodu, by zdobyć banalną rakietę przeciwczołgową?!
- Musisz poczekać, bo na taką sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, nie opracowano procedur - oświadczył po chwili porucznik Hays i wyszedł.
W armii USA niemal wszystko przebiega według procedur. Jak powszechnie wiadomo, w wojsku często zdarzają się sytuacje, w których myślenie nie jest konieczne, a nawet może okazać się zgubne. Na wszystkie takie okoliczności opracowano procedury. Wbrew pozorom wcale nie ogłupiają one amerykańskich żołnierzy. Przeciwnie, dają im więcej czasu na myślenie o zadaniach, których nie da się wykonywać automatycznie. Porucznik Hays w nietypowej sytuacji poradził sobie znakomicie. Po pół godzinie wrócił z jakimś Irakijczykiem i poprosił, żebyśmy razem przywieźli rakietę z hotelu. Bezpieczny przejazd miał nam zagwarantować list żelazny z oryginalną pieczęcią Departamentu Obrony:"12 listopada 2003 r. Do wszystkich sił koalicji, w szczególności do CP1 Assassin (Zabójca):
Posiadacz tego listu, p. Mariusz Zawadzki, jest polskim dziennikarzem, który zgłosił się na pieszy checkpoint CP3 (Hotel Raszid/Centrum Konferencyjne), informując, że ma w pokoju hotelowym w pobliżu mostu Republiki rakietę ziemia-powietrze typu Strela. Najwyraźniej pracuje on nad tekstem o czarnym rynku broni i kupił rakietę, żeby zdobyć materiał prasowy. Przedyskutowaliśmy z nim sprawę i przekonaliśmy się, że w rzeczywistości kupił przeciwczołgową rakietę MILAN z wyrzutnią (produkcji europejskiej). P. Zawadzki chce oddać rakietę siłom koalicji. Celem tego listu jest zezwolenie mu na przejazd do mojego biura. Zaangażowaliśmy zaufanego Irakijczyka, jednego z odpowiedzialnych za bezpieczeństwo Centrum Konferencyjnego, żeby zabrał p. Zawadzkiego do hotelu i przywiózł go z powrotem z rakietą MILAN. Irakijczyk, p. Firas Ibrahim, ma niebieskiego volkswagena santanę i nosi przy sobie iracki dokument tożsamości oraz kartę identyfikacyjną Baghdad Forum numer 318. P. Zawadzki posługuje się polskim paszportem i legitymacją prasową. Oni obaj otrzymali zgodę na dostarczenie rakiety do mojego biura do godziny 19.30 dnia 12 listopada 2003 roku. To zezwolenie jest ważne tylko dzisiaj do godziny 20. Ktokolwiek ich zatrzyma, może ich aresztować i skonfiskować broń, ale proszony jest o postępowanie zgodnie z moimi instrukcjami. Proszę też o kontakt w wypadku ich zatrzymania. W razie pytań dzwonić pod poniższy numer telefonu na częstotliwości Conquerors (Zdobywcy).1LT Wendell Bruce Hays, C/2-124 IN, S2, Bagdadzkie Centrum Konferencyjne, Irak, DNVT 641-1085 lub 641-1076, komórka MCI (914)360-9251".
Razem z panem Firasem Ibrahimem pojechaliśmy jego volkswagenem santaną do hotelu. Żeby uniknąć nieporozumień, mój towarzysz od razu pokazał recepcjoniście pistolet, tymczasem ja poszedłem do pokoju po rakietę. Pan Firas odstawił nas (mnie i rakietę) do bramy Zielonej Strefy. Zapadła już noc. Amerykanie oświetlili mnie reflektorami, przez megafon kazali odłożyć rakietę na ziemię i podejść z podniesionymi rękami. Kiedy przekonali się, że to faktycznie ja, odesłali mnie z powrotem po rakietę.
- Fuck! - zaklął jeden z żołnierzy, zaglądając do środka wyrzutni. - To takie rzeczy można w tym pieprzonym kraju kupić na mieście?

Nigdy potem nie spotkałem Pułkownika, który mnie tak perfidnie oszukał. Ale od Dżamala wiem, co się z nim działo. Z czasem coraz bardziej angażował się w partyzancką wojnę przeciw Amerykanom. Przestał być konsultantem, został etatowym dowódcą oddziału rebeliantów.
W lutym 2004 roku rebelianci zaatakowali z granatników konwój z generałem Johnem Abizaidem, naczelnym dowódcą armii USA na Bliskim Wschodzie. Wiosną przejęli kontrolę nad Falludżą. 31 marca zabili w zasadzce czterech Amerykanów, pracowników ochroniarskiej firmy Blackwater, którzy lekkomyślnie zapuścili się do miasta. Spalili ich samochód, a ciała zawiesili na moście nad Eufratem. Mieszkańcy Falludży wiwatowali i tańczyli pod zwęglonymi zwłokami. Robili przy tym zdjęcia i krótkie filmiki, które obiegły świat. Pięć dni później armia USA otoczyła miasto pierścieniem i przystąpiła do szturmu, by ostatecznie rozwiązać problem Falludży. Rebelianci bronili się zaciekle. Ich sprawność bojowa i determinacja zaskoczyły Amerykanów przyzwyczajonych do nierównych potyczek z armią Saddama, która rok wcześniej rozpierzchła się niemal bez walki. Podobno wielu rebeliantów brało amfetaminę, żeby móc walczyć kilkadziesiąt godzin bez przerwy. Ludzie z oddziału Pułkownika opowiadali, że amerykańska rakieta, która trafiła w ich kryjówkę, urwała mu połowę pleców.
W pierwszej chwili zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie czuł bólu. Przed śmiercią zdążył jeszcze wypowiedzieć szahadę:"Nie ma Boga prócz Allaha, a Muhammad jest Jego prorokiem". Ranni, którzy potem schodzili się do kryjówki, myśleli, że Pułkownik żyje - tak pogodny był wyraz jego twarzy.

Źródło: Duży Format
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':