Knajpa przy placu Szczepańskim w Krakowie. Ludzie, którzy czekają przy barze na piwo, z zaskoczeniem przyglądają się zdjęciom wiszącym na ścianach. Na nich m.in.: krzyż obok głowy kosmity, obrazek Maryi zestawiony z wywieszką "Sorry we're fucked" i kiczowata figurka Matki Boskiej pod prawosławnymi ikonami. To domowe ołtarzyki Polaków, do których dotarli autorzy wystawy "Sac.room" Michał Lichtański i Marcin Smerda.
Poprosiłem właścicieli niektórych ołtarzyków, by opowiedzieli o symbolach religijnych, którymi się otaczają. Na pytanie: "Czy w państwa domu mieszka Bóg?", odpowiedzieli:
- Anna i Jan - 51-letnia kierownik galerii sztuki i 52-letni wykładowca z Lublina;
- Józefa - 62-letnia rencistka z Krakowa;
- Agnieszka i Łukasz - 25-letnia mama i 26-letni agent
nieruchomości z Lublina;
- Michał - 34-letni agent ubezpieczeniowy z Krakowa;
- Katarzyna - 24-letnia studentka politologii z Lublina;
- Małgorzata - 33-letnia religioznawczyni z Krakowa.
Anna i Jan: Jak tu się modlić do siebie samego? Jan: - Gdy ksiądz przychodzi po kolędzie, zawsze szuka wzrokiem krzyża. Szuka w taki oczywisty sposób, że jest ściana i jakiś krzyż powinien wisieć. Ania mu mówi, że w pokoju krzyża nie ma, ale... Odsuwa drzwi do sypialni i ksiądz wydaje taki odgłos: "łooo!".
Anna: - Jeden ksiądz był tak zachwycony, że nawet zrobił zdjęcia. W ogóle ktokolwiek do nas przyjdzie, jest zafascynowany. My też potrafimy godzinami na to patrzeć i podziwiać.

Jan: - Od powstania tej ścianki z symbolami religijnymi minęło pewnie ze 20 lat, ale nadal jak się temu przyglądam, to nie mogę się nadziwić. Bo widzi pan, większość z tych symboli to czysty kicz. Jak się widzi plastikowego Chrystusika na bazarze we Lwowie, na straganie w Kalwarii Zebrzydowskiej albo w sklepie z pamiątkami w Irlandii, to komuś może się wydać, że to zwykła tandeta, takie niby nic. Ale gdy to kupię albo dostanę od kogoś, a później zestawię z kilkuset innymi symbolami, to robi się z tego coś niezwykłego.
Anna: - Ktoś mógłby się zdziwić, że ludzie zajmujący się poważną sztuką trzymają w domu krzyżyk z wielkim plastikowym frędzlem albo figurkę Matki Boskiej z Gwadelupy, której odkręca się koronę i wlewa wodę święconą. Ale gdy te przedmioty się dobrze zakomponuje z innymi, to kicz zanika.
Jan: - Ta Matka Boska meksykańska to jest odjazd!
Anna: - Ale broń Boże nasz zbiór nie ma funkcji prześmiewczej. Bo pomimo że wdarł się tam kicz, to dalej jest to dla nas święte. Tylko że to domowe, a nie kościelne sacrum. Nie zachowujemy się przed tym tak jak przed obrazami w świątyni.
Jan: - To sacrum stapia się z codziennością, nie jest od niej oddzielone jak w kościele. Można więc przy nim spać, jeść i się kochać. Jednak nie wyobrażam sobie, żeby ktoś przy tych symbolach bluzgał, bo to się z nimi nie zestawia.
Anna: - Nie potrzeba bluzgać, bo ta ścianka jest antykonfliktowa, to jest pełen ekumenizm. Zaczęło się w 1984 roku. Dostaliśmy od batiuszki ("pop" to obraźliwie, tak jak "klecha") ikonę Matki Boskiej. To było na naszym molebieniu w cerkwi, czyli takim uznaniu ślubu kościelnego, bo Jasio jest prawosławny, a ja jestem katoliczką. Później siostrzeniec dał nam namalowaną przez siebie ikonę ze świętym Mikołajem, potem moja babcia sprezentowała mi obraz Matki Boskiej Karmiącej i tych symboli obu religii przybywało.
Jan: - Wieszaliśmy je na różnych ścianach, w końcu zaczęliśmy je gromadzić w jednym miejscu.
Anna: - Gdy braliśmy ślub, założyliśmy, że nigdy nie będziemy się kłócić na temat religii. O ten ślub staraliśmy się dwa lata. Jak już do niego doszło, to nie podano mi komunii świętej, bo wychodziłam za prawosławnego.