http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ekologiczna żywność jest droga, bo trzeba zatrudniać drapieżne muszki

Wojciech Staszewski
2011-11-13, ostatnia aktualizacja 2011-11-10 14:46

Żywność eko
Żywność eko
Fot. Jerzy Nogal

Eko - to najdroższe trzy litery w alfabecie. Dzięki nim jajka, wędliny, pieczywo albo piwo kosztują nawet trzy razy drożej. Dlaczego?

SONDAŻ
Czy uważasz, że warto płacić kilka razy więcej za produkty eko?

Tak, to oczywiste
Nie, zupełnie nie rozumiem tego szaleństwa

Najokrutniejsze w rolnictwie ekologicznym są drapieżne muszki. Rozsypuje się je razem z trocinami na warzywa zaatakowane przez mszyce. Muszka nakłuwa mszycę i w jej wnętrzu składa jajko. Mszyca ginie w męczarniach, a młoda muszka po wykluciu wyfruwa z niej i szuka kolejnej mszycy, w której mogłaby złożyć swoje jajko.

Taką metodę walki z mszycami stosuje Leszek Grela, rolnik ekologiczny ze Rdzanowa w powiecie białobrzeskim. - Jeszcze bardziej pomaga mi biedronka, która wyjada mszyce - mówi. - A w konwencjonalnym rolnictwie, jak się spryska uprawy, to potem mszyca się szybciej odrodzi niż biedronka.

Agnieszka Sienkiewicz, ekspert ds. odżywiania w sieci delikatesów Organic, tłumaczy, że najgorsze są tzw. monouprawy, czyli wielkie połacie jednego gatunku. Wtedy nie ma ptaków, nie ma jak walczyć ze szkodnikami. A gospodarstwo ekologiczne jest zintegrowane ze środowiskiem. Drzewa, krzewy, rządek marchewki, grządka kapusty. A jeśli konieczne są opryski przeciw szkodnikom, to z czosnku, chrzanu i pokrzywy.

Rolnicy ekologiczni unikają też maszyn, bo mechanizacja niszczy strukturę gleby. Bakterie beztlenowe na skibach giną, dżdżownice również. A one, jak mówi Agnieszka Sienkiewicz, są "pastuchami roślin", jedzą ziemię i dają roślinom naturalny nawóz. - Za takim ogórkiem czy pomidorem nie stoją maszyny i chemikalia, tylko rolnik, który je uprawiał z sercem i własnymi rękami wyrywał chwasty.

Rolnictwo ekologiczne to przyszłość Europy. W Niemczech produkty z europejskimi certyfikatami "eko" lub "bio" to już jedna piąta rynku. U nas zaledwie 0,5 proc. A kiedy rynek jest nieduży, to ceny szybują do horrendalnych poziomów. Produkty eko są u nas dwa-trzy razy droższe od konwencjonalnych.

Za co w takim razie tyle płacimy?

Za peluszkę, która zbiera azot z atmosfery

Peluszkę, inaczej groch polny, Leszek Grela sieje na przełomie marca i kwietnia, to tak zwane przedplony. Roślina zbiera azot z atmosfery i gromadzi go w korzeniach. Po miesiącu trzeba przeorać pole i azot uwalnia się do gleby. Kiedy posadzi się na tym marchew, to urośnie jak na nawozie azotowym. Ale naturalny azot nie szkodzi człowiekowi, podczas gdy pozostałości nawozów mineralnych (azotyny i azotany) - mogą.

Jeśli nawozy - to bio. Holenderska firma wytwarza nawóz z kurzęczaka, czyli obornika kurzego. Kurzęczak jest, jak to eufemistycznie określa Grela, przepuszczany przez dżdżownice. I to, co one "wyprodukują", podsypuje się przed posadzeniem roślin. - Marchew też się musi czymś odżywiać - wyjaśnia Grela.

A co zrobić, żeby nie zagłuszyły jej chwasty? Pryskanie wzbronione, więc trzeba przejechać pole bronochwastownikiem - to inaczej brona sprężynująca, która zostawia wysoką marchew, a wyrywa ledwo wyrastające od ziemi chwasty. Gorzej, jeśli się przegapi moment i chwasty wyrosną już takie, że brona je pomija. Wtedy trzeba je powyrywać ręcznie.

- Mam tunele z warzywami od 1992 roku, wtedy były to uprawy konwencjonalne - opowiada Grela. - Syn miał wtedy osiem lat i trzeba go było pilnować, żeby niczego z krzaczka nie zerwał, bo było pryskane. Pomyślałem, że coś jest nie tak, że dziecku nie daję dotknąć tego, co rośnie, a potem to ludziom sprzedaję. I się przestawiłem na ekologię. Dwójki młodszych dzieci już nie musiałem pilnować, co rosło, mogły rwać i jeść.

Za dziesięć osób w kucki

Braciom Jackowi i Markowi Nitczyńskim, gospodarzom ze Śreńska w powiecie mławskim, płacimy za dziesięcioro pracowników, którzy od maja do września pielą uprawy. Nitczyńscy płacą każdemu po 8 zł za godzinę. - U nas wszystko się robi ręcznie - wyjaś-nia Jacek Nitczyński. - Kombajnu czy traktora na taki areał się nie opłaci kupować. Mamy 2 hektary warzyw, 2,5 hektara zboża i 10 hektarów łąki.

Łąka jest potrzebna, żeby wyżywić krowy. Krowy dają mleko, które mogłoby być ekologiczne, bo jedzą trawę, śrutę zbożową, odpady ziemniaków, żadnej sztucznej karmy. I wtedy kosztowałoby 2 złote w skupie. Ale Nitczyńscy oddają je do mleczarni po 80 gr za litr jako mleko konwencjonalne, bo do najbliższej mleczarni z certyfikatem mają 250 km, za daleko, żeby wozić.

Krowy hodują przede wszystkim dla obornika, który trzeba rozrzucić po polu na wiosnę i na jesieni. - Tata nigdy nie stosował chemii - wspomina Nitczyński. - Ludzie się śmiali z niego, że gówno po polu rozrzuca, bo oni tacy nowocześni byli i nawozy sypali. A teraz wyszło na nasze.

Za niższe plony i pachnące mleko

- Trzeba obserwować przyrodę. Szukać starych, odpornych odmian, a nie hodować nowe, wysokowydajne, ale wrażliwe, które potem trzeba chronić - tłumaczy Piotr Hillar z Tuczek w powiecie działdowskim. - Ja mam niższe plony, ale bez balastu chemicznego. Jakie to odmiany? Choćby pszenica orkisz, jak mówi Hillar: "zboże na nasze czasy". Ziarno jest osłonięte przez plewę, nie łapie więc tyle zanieczyszczeń z powietrza. Przy zbiorach plewę trzeba wyłuskać, robi się to bukownikiem do czyszczenia koniczyny. 30 proc. zbioru przy tym odpada.

Tak samo z krowami wysokowydajnymi. Bydło HF, czyli rasy holsztyńsko-fryzyjskiej, żyje krótko, daje 10 tys. litrów mleka rocznie. - Ale to biała woda. Ja hoduję polską rasę chronioną czarno-białą. Taka krowa rocznie daje tylko 5 tys. litrów mleka, ale ono ma zapach - bukiet. Takie mleko mi mama dawała 50 lat temu - mówi Hillar.

- To efekt naturalnego wypasu. Jak zwierzę je trawę z certyfikowanej łąki, to w mleku pojawiają się nawet prozdrowotne kwasy omega 3 - komentuje Agnieszka Sienkiewicz, ekspert sieci delikatesów Organic.

- A jak wypędzić bydło HF na łąkę, to traci mleczność - kończy Hillar. Krowy konwencjonalne żywione są karmą dla bydła w oborze. - I potem wyglądają jak chłopaki z siłowni na sterydach. Mała głowa i góra mięsa.

Źródło: Duży Format
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    22 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':