Najokrutniejsze w rolnictwie ekologicznym są drapieżne muszki. Rozsypuje się je razem z trocinami na warzywa zaatakowane przez mszyce. Muszka nakłuwa mszycę i w jej wnętrzu składa jajko. Mszyca ginie w męczarniach, a młoda muszka po wykluciu wyfruwa z niej i szuka kolejnej mszycy, w której mogłaby złożyć swoje jajko.
Taką metodę walki z mszycami stosuje Leszek Grela, rolnik ekologiczny ze Rdzanowa w powiecie białobrzeskim. - Jeszcze bardziej pomaga mi biedronka, która wyjada mszyce - mówi. - A w konwencjonalnym rolnictwie, jak się spryska uprawy, to potem mszyca się szybciej odrodzi niż biedronka.
Agnieszka Sienkiewicz, ekspert ds. odżywiania w sieci delikatesów Organic, tłumaczy, że najgorsze są tzw. monouprawy, czyli wielkie połacie jednego gatunku. Wtedy nie ma ptaków, nie ma jak walczyć ze szkodnikami. A gospodarstwo ekologiczne jest zintegrowane ze środowiskiem. Drzewa, krzewy, rządek marchewki, grządka kapusty. A jeśli konieczne są opryski przeciw szkodnikom, to z czosnku, chrzanu i pokrzywy.
Rolnicy ekologiczni unikają też maszyn, bo mechanizacja niszczy strukturę gleby. Bakterie beztlenowe na skibach giną, dżdżownice również. A one, jak mówi Agnieszka Sienkiewicz, są "pastuchami roślin", jedzą ziemię i dają roślinom naturalny nawóz. - Za takim ogórkiem czy pomidorem nie stoją
maszyny i chemikalia, tylko rolnik, który je uprawiał z sercem i własnymi rękami wyrywał chwasty.
Rolnictwo ekologiczne to przyszłość Europy. W Niemczech produkty z europejskimi certyfikatami "eko" lub "bio" to już jedna piąta rynku. U nas zaledwie 0,5 proc. A kiedy rynek jest nieduży, to ceny szybują do horrendalnych poziomów. Produkty eko są u nas dwa-trzy razy droższe od konwencjonalnych.
Za co w takim razie tyle płacimy?
Za peluszkę, która zbiera azot z atmosfery Peluszkę, inaczej groch polny, Leszek Grela sieje na przełomie marca i kwietnia, to tak zwane przedplony. Roślina zbiera azot z atmosfery i gromadzi go w korzeniach. Po miesiącu trzeba przeorać pole i azot uwalnia się do gleby. Kiedy posadzi się na tym marchew, to urośnie jak na nawozie azotowym. Ale naturalny azot nie szkodzi człowiekowi, podczas gdy pozostałości nawozów mineralnych (azotyny i azotany) - mogą.
Jeśli nawozy - to bio. Holenderska firma wytwarza nawóz z kurzęczaka, czyli obornika kurzego. Kurzęczak jest, jak to eufemistycznie określa Grela, przepuszczany przez dżdżownice. I to, co one "wyprodukują", podsypuje się przed posadzeniem roślin. - Marchew też się musi czymś odżywiać - wyjaśnia Grela.
A co zrobić, żeby nie zagłuszyły jej chwasty? Pryskanie wzbronione, więc trzeba przejechać pole bronochwastownikiem - to inaczej brona sprężynująca, która zostawia wysoką marchew, a wyrywa ledwo wyrastające od ziemi chwasty. Gorzej, jeśli się przegapi moment i chwasty wyrosną już takie, że brona je pomija. Wtedy trzeba je powyrywać ręcznie.
- Mam tunele z warzywami od 1992 roku, wtedy były to uprawy konwencjonalne - opowiada Grela. - Syn miał wtedy osiem lat i trzeba go było pilnować, żeby niczego z krzaczka nie zerwał, bo było pryskane. Pomyślałem, że coś jest nie tak, że dziecku nie daję dotknąć tego, co rośnie, a potem to ludziom sprzedaję. I się przestawiłem na ekologię. Dwójki młodszych dzieci już nie musiałem pilnować, co rosło, mogły rwać i jeść.
Za dziesięć osób w kucki Braciom Jackowi i Markowi Nitczyńskim, gospodarzom ze Śreńska w powiecie mławskim, płacimy za dziesięcioro pracowników, którzy od maja do września pielą uprawy. Nitczyńscy płacą każdemu po 8 zł za godzinę. - U nas wszystko się robi ręcznie - wyjaś-nia Jacek Nitczyński. - Kombajnu czy traktora na taki areał się nie opłaci kupować. Mamy 2 hektary warzyw, 2,5 hektara zboża i 10 hektarów łąki.
Łąka jest potrzebna, żeby wyżywić krowy. Krowy dają mleko, które mogłoby być ekologiczne, bo jedzą trawę, śrutę zbożową, odpady ziemniaków, żadnej sztucznej karmy. I wtedy kosztowałoby 2
złote w skupie. Ale Nitczyńscy oddają je do mleczarni po 80 gr za litr jako mleko konwencjonalne, bo do najbliższej mleczarni z certyfikatem mają 250 km, za daleko, żeby wozić.
Krowy hodują przede wszystkim dla obornika, który trzeba rozrzucić po polu na wiosnę i na jesieni. - Tata nigdy nie stosował chemii - wspomina Nitczyński. - Ludzie się śmiali z niego, że gówno po polu rozrzuca, bo oni tacy nowocześni byli i nawozy sypali. A teraz wyszło na nasze.
Za niższe plony i pachnące mleko - Trzeba obserwować przyrodę. Szukać starych, odpornych odmian, a nie hodować nowe, wysokowydajne, ale wrażliwe, które potem trzeba chronić - tłumaczy Piotr Hillar z Tuczek w powiecie działdowskim. - Ja mam niższe plony, ale bez balastu chemicznego. Jakie to odmiany? Choćby pszenica orkisz, jak mówi Hillar: "zboże na nasze czasy". Ziarno jest osłonięte przez plewę, nie łapie więc tyle zanieczyszczeń z powietrza. Przy zbiorach plewę trzeba wyłuskać, robi się to bukownikiem do czyszczenia koniczyny. 30 proc. zbioru przy tym odpada.
Tak samo z krowami wysokowydajnymi. Bydło HF, czyli rasy holsztyńsko-fryzyjskiej, żyje krótko, daje 10 tys. litrów mleka rocznie. - Ale to biała woda. Ja hoduję polską rasę chronioną czarno-białą. Taka krowa rocznie daje tylko 5 tys. litrów mleka, ale ono ma zapach - bukiet. Takie mleko mi mama dawała 50 lat temu - mówi Hillar.
- To efekt naturalnego wypasu. Jak zwierzę je trawę z certyfikowanej łąki, to w mleku pojawiają się nawet prozdrowotne kwasy omega 3 - komentuje Agnieszka Sienkiewicz, ekspert sieci delikatesów Organic.
- A jak wypędzić bydło HF na łąkę, to traci mleczność - kończy Hillar. Krowy konwencjonalne żywione są karmą dla bydła w oborze. - I potem wyglądają jak chłopaki z siłowni na sterydach. Mała głowa i góra mięsa.