Przeczytaj także wywiad z warszawską adwokat na temat praw ojców
Zobacz, jakiego SMS-a mi przysłała: "Jesteś dla mnie i dla chłopców po prostu OBCYM człowiekiem i nie chcemy, nie potrzebujemy, nie życzymy sobie, byś był kim innym.
Nasze życie teraz jest pełne barwy, smaku i głębokiego sensu, ale przede wszystkim MIŁOŚCI. Dlatego to nikt ani nic nie jest nam więcej potrzebne, po prostu mamy wszystko, mamy SIEBIE i BARDZO, BARDZO SIĘ KOCHAMY.
Widzisz więc, jakie to piękne, a zarazem proste. Proponuję ci: żyj sobie spokojnie i daj żyć innym".
Mam 42 lata. Urodziłem się w
Łodzi, od 14 lat mieszkam w
Warszawie.
Mój tata był odlewnikiem, dyrektorem w jednej z największych fabryk zbrojeniowych.
Umarł na raka, jak miałem 21 lat.
Studiowałem wtedy biotechnologię i chemię spożywczą na Politechnice w Łodzi. Przerwałem, poszedłem do pracy.
Mama jest emerytką, była kolorystką. Myślę, że jedną z najlepszych w Polsce.
Też miała raka. Piersi. Ale jej się udało.
Mam młodszego brata, który ma żonę i córkę.
Tak, u niego wszystko jest w porządku.
Jeśli chodzi o pracę, to zajmuję się konsultingiem. To znaczy jak jakaś firma ma coś do sprzedania, to siadam z nimi i wymyślamy, jak to najlepiej zrobić.
Wcześniej pracowałem w dużych korporacjach. I byłem w nich nawet dość ważny.
Oczywiście, że zarabiałem znacznie więcej niż teraz, ale tak wybrałem.
Nie da się jednocześnie dobrze pracować i walczyć o dzieci.
Poznałem ją jedenaście lat temu. W Warszawie. Na dyskotece.
A dziadek zawsze powtarzał: "Jak chcesz kobietę na życie, to musisz ją brać ze swojej kasty". Czyli taką, której rodziców znasz.