Jeśli wysyłałeś CV, w którym swoje stanowisko pracy opisałeś jako "specialist", nie dziw się, że nigdy nie dostałeś odpowiedzi
Cześć, Reportaż! Zobaczyłam twój profil w internecie, bardzo mi się spodobał - chcesz zobaczyć moje nagie zdjęcia? Traci". Nie nazywam się Reportaż, nie mam nigdzie żadnego profilu i niespecjalnie chcę oglądać czyjeś zdjęcia, ale ponieważ pracuję właśnie nad tekstem o spamie, czyli wiadomościach tego typu, odpisuję.
"Ależ tak, bardzo chcę zobaczyć twoje zdjęcia!" - piszę, mając nadzieję, że w razie czego redaktor Szczygieł wytłumaczy to mojej żonie. Niestety, zamiast uroczej Traci odpisuje mi serwer pocztowy: wiadomości nie przekazano, konto zlikwidowane.
To nie są dobre czasy dla spamerów. Według danych firmy Symantec, zajmującej się bezpieczeństwem danych, obecnie w sieci wysyłane jest dziennie 50 miliardów takich wiadomości - w złotym okresie bywało nawet miliardów dwieście.
Spam pocztowy zwalczany jest dziś na tyle skutecznie, że spamerzy muszą szukać nowocześniejszych sposobów na sprzedanie nam fałszywych roleksów i pompek do powiększania penisa.
Zanim przejdziemy do tych sposobów - najpierw kilka słów o klasycznym spamie pocztowym. Skąd się wziął i dlaczego go tak nazywamy?
Spam od 1937 roku
"Spam" dosłownie oznacza "mielonkę", czyli tanią i sycącą masę mięsno-tłuszczową, którą świat żywił się po drugiej wojnie światowej.
W jednym ze skeczów Monty Pythona goście obskurnej jadłodajni (Eric Idle i Graham Chapman) pytają niesympatyczną bufetową (Terry Jones w kobiecym przebraniu) o menu dnia. Okazuje się, że wszystkie dania są mielonką w różnej postaci. Wywołuje to rosnącą irytację Grahama Chapmana, którego zagłusza chór wikingów (mniejsza z tym, dlaczego akurat wikingów - to Monty Python!) śpiewający: "spam! spam! spam! wonderful spam!".
Piosenka jest bardzo irytująca, ale niestety wpada w ucho, zapewne dlatego pod koniec lat 80. plagą elektronicznych forów dyskusyjnych stał się bezsensowny dowcip - przerywanie rozmowy na inny temat wklepywaniem "tekstu" tej piosenki, czyli po prostu "spam, spam, spam...". W żargonie wczesnych internautów "spamowaniem" zaczęto szybko nazywać wszelkie formy zapychania łączy bezwartościową treścią.
Wzbudza to rozpacz w producentach mielonki, którzy sporo wysiłku włożyli w promowanie znaku handlowego "SPAM" (TM). Strona internetowa Spam.com należy do koncernu spożywczego Hormel Foods i z dumą stwierdza, że firma ta "dostarcza SPAM od roku 1937".
Czy można sobie wyobrazić, jakim ciosem dla Coca-Coli byłoby przyjęcie slangowego określenia "coca-cola" na określenie np. wirusów komputerowych? Hormel Foods i inni producenci mielonki dzielnie walczą o swoje prawa, na przykład zabraniając producentom programów antyspamowych używania zastrzeżonego słowa "spam". Definitywnie jednak przegrali wszystkie procesy w roku 2005.
Na niespodziewanej popularności samego słowa "spam" dodatkowe pieniądze zarobili z kolei weterani Monty Pythona, którzy w 2004 roku skompilowali swoje najsłynniejsze skecze w musicalu, któremu dali tytuł "Spamalot".
Interwencja majora Czahora
E-mail skończył niedawno 40 lat. W roku 1971 Ray Tomlinson opracował protokół pozwalający wysyłać wiadomości tekstowe. Jak przystało na statecznego czterdziestolatka, e-mail nie rozumie naszych czasów.
Tomlinson zakładał, że maile będą wysyłać wyłącznie naukowcy do naukowców. Co za tym idzie, e-mail to usługa naiwnie optymistyczna. Nie zadbano o bezpieczeństwo. Bardzo łatwo jest sfałszować nagłówek tak, żeby podszywać się pod innego nadawcę - prawdziwego lub fikcyjnego. Łatwo jest też bezkarnie wysłać wiadomość do milionów odbiorców - samemu się za to nie płaci, efektywnie przerzuca się wszystkie koszty na kogoś innego, głównie na odbiorców.
Gdybyśmy dziś mogli poprosić Tomlinsona, żeby nas uchronił przed takimi nadużyciami, zrobiłby wielkie oczy. Po co naukowiec miałby robić takie rzeczy? Przecież byłby spalony w środowisku akademickim.
Prawdopodobnie pierwszym człowiekiem, który dostrzegł marketingowe konsekwencje takiej organizacji poczty elektronicznej, był Carl Gartley z firmy Digital Equipment Corporation produkującej profesjonalne komputery dla biznesu i instytucji naukowych. W maju 1978 roku wysłał on zaproszenie na prezentację nowych modeli DEC w hotelu Hyatt w Los Angeles.
Wysłał je po prostu wszystkim, choć zrobił błąd i w efekcie zaproszenie dotarło tylko do 320, co jednak stanowiło znaczną część ówczesnych protointernautów. Tak znaczną, że szlag ich od tego trafił.
Firma DEC natychmiast dostała groźnie brzmiący list, zawierający m.in. słowa: "To było jaskrawe pogwałcenie zasad działania sieci przeznaczonej dla oficjalnych zadań rządu USA. Podjęliśmy odpowiednie działania, by zapobiegać takim sytuacjom w przyszłości. Major Raymond Czahor".