Jak zrobić nieoczywisty film o Holocauście? - Zagłada to doświadczenie graniczne. Jeśli przetwarza się je w opowiadanie, sztukę teatralną czy film, które przecież mają ludzi wzruszyć i poruszyć, szuka się jakiegoś sensu. Przekaz ma dać lekcję, ma być moralny albo umoralniający, a to automatycznie sentymentalizuje opowiadaną historię. Pokazujemy przecież wielką klęskę, porażkę tego, co dobre w rodzaju ludzkim.
Holocaust jest takim etapem w historii, gdy to, co najgorsze, najstraszniejsze wychodzi na jaw. Obok pojawiają się jednostkowe przypadki niezwykłej odwagi i szlachetności, przykłady do naśladowania. Tyle że nic z tego nie wynika poza nieodkrytą tajemnicą duszy ludzkiej, nie pojawiają się żadne uniwersalne rozwiązania.
Postać Leopolda Sochy jest nieoczywista, ale też niezwykle romantyczna, jak Kmicica w "Potopie". To niemal archetyp człowieczej przemiany od zła ku dobru. - Ale jego dobro i zło też są nieoczywiste. W każdej chwili Socha mógł się przechylić w jedną lub w drugą stronę - pomóc albo wydać. To mnie zafascynowało.
Było to dobro przypadkowe, które się przytrafia ot, tak sobie? - Socha, zdaje mi się, uległ pokusie dobra, z której był niezadowolony, ciążyła mu, walczył z nią i na szczęście przegrał. Takie dobro, jakie ofiarował, ukrywając Żydów, było niezgodne z jego początkowym systemem wartości. To zmieniało się w miarę obcowania z ukrywającymi się, poczucie odpowiedzialności za ich los brało górę. Lecz nie było tak, że od samego początku była w nim gotowość pomocy. Mógł bardzo łatwo pójść w każdą inną stronę.
We wspomnieniach Krystyny Chiger jest przejmująca scena, gdy Socha dokonuje w kanałach selekcji: ci Żydzi pójdą ze mną, a ci zostaną bez szans na przeżycie. - To także kluczowa scena filmu. Socha mówi, że nie może zabrać ze sobą wszystkich, lecz wybór zostawia samym Żydom: mają zdecydować, kto wyciągnie lepszy los, a kto przepadnie.
Łatwizna - jeśli cokolwiek wówczas było łatwe? Zrzucenie odpowiedzialności za bodaj najpoważniejszą decyzję? - Chyba nie aż tak. Żydzi w końcu błagają go, by rozszerzył pulę obdarowanych szansą. A on sam, na zasadzie reakcji psychologicznej człowieka, który robi coś, co jest mu nie do końca w smak, broni się agresją, zachowuje się bardzo brutalnie. Szantażuje, że jeśli Żydzi sami nie wybiorą tych, którym pomoże, zostawi wszystkich.
To pokazuje, że szukanie sensów moralnych w tej historii z lwowskich kanałów, ale też w Holocauście w ogóle, jest zwodnicze.
Mimo wszystko wciąż próbujemy. - Musimy szukać, bo mamy taką potrzebę. Nie jest przypadkiem, że w dwóch filmach dotyczących Holocaustu, które zyskały największe powodzenie, największą sławę i zrobiły największą kasę, występuje dobry Niemiec. To "Lista Schindlera" Stevena Spielberga i "Pianista" Romana
Polańskiego.
Nawrócenie zbrodniarza w jakimś sensie wzrusza o wiele bardziej niż anielskość urodzonego świętego. Jeżeli w okolicznościach II wojny światowej i Holocaustu nawet Niemiec może być dobrym człowiekiem, oznacza to, że
Niemcy są zbawione, ludzkość może być zbawiona, bo jeden sprawiedliwy ratuje Sodomę.
Jeden sprawiedliwy odkupi winy setek tysięcy? Tak napisano w Biblii, ale w życiu? Może nie ma zbawienia po Holocauście? Zwłaszcza że podobna zbrodnia powtórzyła się w Bośni, na Timorze, w Rwandzie. - Dlatego tak trudno o tym opowiadać. Takie opowiadanie musi nieść w sobie jakiś ładunek światła, a z drugiej strony nie może zsuwać się w ułatwiający życie moralizm i rozgrzeszenie. Po obejrzeniu filmu o Holocauście nie powinniśmy czuć się lepiej. Przeczytanie książki o Zagładzie nie powinno nam niczego załatwiać.
Ale jest pokusa, żeby zaszufladkować bohaterów: ten dobry, a ten zły. - Szczególnie, że taki zabieg można usprawiedliwić: przekaz ma dotrzeć do jak najszerszych grup ludzi, a ludzie generalnie lubią rzeczy, które są przełykalne, jasne i zrozumiałe.