Film "W ciemności" Agnieszki Holland - polski kandydat do Oscara - powstał z inspiracji książką Roberta Marshalla "W kanałach Lwowa. Heroiczna opowieść o przetrwaniu Holocaustu". To historia kilkunastu Żydów, których po likwidacji lwowskiego getta ukrył w kanałach Polak Leopold Socha. Przeżyli w nich do końca wojny. Jedną z ocalonych była dziewięcioletnia wówczas Krystyna Chiger. Niedawno ukazały się w Polsce jej wspomnienia "Dziewczynka w zielonym sweterku". Agnieszka Holland spotkała się z Krystyną Chiger dopiero po ukończeniu zdjęć do filmu.
Pani książka liczy kilkaset stron. Pani zeznanie, złożone tuż po wojnie w Krakowie, to kilka kartek zapisanych językiem małej dziewczynki. Miała pani dziesięć lat. - Razem ze mną zeznawały wówczas inne żydowskie dzieci, zebrała się z tego niewielka broszurka. Wie pan, my - mama, tata, brat i ja - rozmawialiśmy o Holocauście i podczas wojny, i od razu po wojnie. Mieliśmy kontakt z ludźmi, którzy się razem z nami ukrywali. Nie unikaliśmy wspomnień, przypominaliśmy sobie detale. Może dlatego wyszliśmy z tego bez większych urazów.
Gdy pisałam swoje wspomnienia, ani razu nie zajrzałam do rękopisu pamiętników mojego ojca. Zrobiłam to dopiero, kiedy postawiłam ostatnią kropkę, aby sprawdzić jakieś daty, nazwiska. Moja książka jest moją pamięcią tamtego czasu.
Wielu ocalonych z Holocaustu nie wspominało o tych przeżyciach przez lata. Ich dzieci, a nawet wnuki borykają się często z tą traumą do dziś. - Nie wiem, czy rozmowy o wojnie i naszych przeżyciach to była świadoma decyzja rodziców, czy podświadomie czuli, że koszmaru nie wolno w sobie dusić. Myślę, że raczej to drugie. Wyglądało to zupełnie normalnie, wychodziło w czasie codziennego życia: jakieś słowo, jakaś piosenka, nawet zapach rodził pytanie: "Pamiętasz to, tamto?". Rozmawialiśmy zupełnie swobodnie, nie udawaliśmy, że czegoś nie było, że nie jesteśmy tymi ludźmi, którymi jesteśmy.
Niekiedy tylko śni mi się, że gdzieś uciekam. Ale nogi mi grzęzną, walczę, lecz stoję w miejscu. Wokół słyszę szum wody. Budzę się wtedy w wielkim strachu. Jestem szczęśliwa, że leżę w swoim łóżku, ale przez wiele godzin czuję się roztrzęsiona.
A potem jest normalny dzień. Dopiero od trzech lat jestem na emeryturze, zawsze miałam dużo zajęć i za mało czasu, żeby się zastanawiać. Nie mogę o tym przecież ciągle myśleć. Pamięć snu stopniowo przechodzi.
Nigdy nie byłam u psychiatry czy psychoterapeuty. Tak samo moi rodzice i brat. Różni ludzie pytali mnie, jakim cudem możemy sobie z tym radzić sami. Jakoś mogliśmy. Holocaust był częścią naszego życia. Przerażającą, ale nie aż tak, że zrujnowałby całą resztę.
Zwracali się do mnie, jak do innych ocalonych, badacze z nowojorskich uniwersytetów, bym poddała się jakimś badaniom, testom. Raz się zdecydowałam, ale pojawiły się trudności, bo podczas testów trzeba było robić badania poziomu enzymów we krwi. Mam cienkie żyły, trudno się do nich dostać, żeby pobrać krew. Odesłali mnie do domu. Widzi pan, żadna ze mnie naukowa pomoc.
Czy zdarzały się chwile podczas wojny, że była pani szczęśliwą dziewczynką? - W kanałach, gdy byłam razem z rodzicami. Czułam ich wsparcie, opiekę, mogłam się na nich oprzeć, nie musiałam myśleć, jak się uchować, jak ochronić mojego braciszka. Kanały były pod tym względem lepsze niż getto.
Zanim zeszliśmy pod ziemię, rodzice pracowali. Zostawałam sama z bratem, a po domach chodzili
Niemcy i ukraińska
policja. Gdy zobaczyli jakieś
dziecko, zabijali je albo zabierali. Umiałam odróżnić kroki na schodach, więc kiedy słyszałam, że idą Niemcy, wciskałam mojego brata do walizki i wpychałam pod łóżko. Sama chowałam się w wielkim długim szlafroku wiszącym w kącie pokoju, mama specjalnie go zostawiała. Nasłuchiwałam, aż odejdą, a kiedy już wiedziałam, że poszli, szybko wyciągałam brata z walizki. Nauczyłam go, żeby nie płakał, robił zawsze to, co mu mówiłam.
Czym różniły się kroki niemieckie od żydowskich? - Niemieckie były silne, stanowcze, pewne siebie. Żydowskie - lekkie i szybkie. Nie lubię oglądać filmów o wojnie, ale gdy tylko słyszę z telewizora dźwięk takich kroków, od razu sobie przypominam Lwów. Kroki można bardzo łatwo odróżnić od siebie.
W getcie nie wolno mi było wyglądać przez okno. Ale czasami zza firanki widziałam, jak Niemcy prowadzą kolumny Żydów, biją, rozstrzeliwują. Widziałam, jak załadowali na ciężarówkę moją babcię z małą kuzynką Inką, tę babcię, która zrobiła mi na drutach zielony sweterek, dziś eksponat w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu. Kuzynka chciała mi dyskretnie pomachać, bo wiedziała, że chowam się za firanką. Niemiec to zauważył, uderzył ją kolbą karabinu. Więcej ich nie widziałam.
Do dzisiaj prześladują mnie zapachy getta i kanałów. Gdy wyczuję gdzieś smród szamba, ścieków, od razu robi mi się niedobrze. Pamiętam zapach zjełczałego tłuszczu, na jakim gotowaliśmy zupę.
A wie pan, że pamiętam też zapach lwowskich przedwojennych piekarni i chleba; nazywał się kulikowski. Kiedyś w Nowym Jorku jechałam z mężem wzdłuż Broadwayu i nagle coś czuję, zupełnie jak tamten chleb. Pojechaliśmy za moim nosem, jak pies za zapachem kości, aż dotarliśmy do sklepu na rogu 80. Ulicy, delikatesów z towarami z całego świata. Okazało się, że mają tam taki chleb jak ze Lwowa.
Miała pani w getcie zabawki? - Nie, Niemcy zabrali, zanim wyrzucili nas z
mieszkania na Kopernika. Albo oddałam dziewczynkom Polkom, żeby nie zabrali.