http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pina zagląda mi przez ramię

Z reżyserem Wimem Wendersem rozmawia Paweł T. Felis
2011-10-23, ostatnia aktualizacja 2011-10-21 16:07

Kadry z filmu
Kadry z filmu "Pina"
Fot. STOWARZYSZENIE NOWE HORYZONTY

Ona urodziła się w trakcie wojny, ja krótko po niej. Wychowaliśmy się w powojennych Niemczech. Oboje dorastaliśmy z przekonaniem, że?nie można wierzyć niczemu, co ma swoje źródła w przeszłości

Kadry z filmu
Fot. STOWARZYSZENIE NOWE HORYZONTY
Kadry z filmu "Pina"
Podobał się panu "Avatar"?

- Pojawił się w momencie, kiedy moja "Pina" była już nakręcona. Niczego od Jamesa Camerona nauczyć się nie mogłem. Ale będę mu dozgonnie wdzięczny - za jego wizję i odwagę. Bo przed "Avatarem" nikt nie traktował 3D poważnie - mój pomysł na "Pinę" uważano za dziwactwo. Dzięki Cameronowi fantazja o 3D stała się rzeczywistością. I w tym nowym medium to do dziś jedyne arcydzieło.

Mówiąc językiem sportu, Cameron ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. I jak dotąd nikt nie próbował jej przeskoczyć.

Wyobraża pan sobie teraz powrót do 2D?

- Jestem uzależniony. Wszedłem na fascynującą drogę, z której naprawdę ciężko byłoby mi zawrócić.

Podobno zanim poznał pan Pinę Bausch, nie lubił pan tańca?

- Byłem przekonany, że balet - podobnie jak każdy inny rodzaj tańca - to wyłącznie estetyka, mniej lub bardziej efektowna. Ciekawa forma artystyczna, która zupełnie do mnie nie przemawia. Zostałem zmuszony do obejrzenia pierwszego spektaklu Piny Bausch. Dosłownie. I całe szczęście - ta jedna noc zmieniła moje życie.

W jakim sensie?

- Ta skromna kobieta powiedziała mi tamtej nocy więcej o mężczyznach i kobietach niż wszystkie genialne filmy z historii kina. Kiedy oglądałem "Café Müller" i "Le Sacre du printemps", płakałem jak dziecko. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem na scenie. Zamiast "pięknych i atletycznych tancerzy" z astralnymi ciałami patrzyłem na ludzi - starych i młodych, szczupłych i korpulentnych, niskich i wysokich. Jakby na scenę weszła "ludzkość"...

"Café Müller" oglądał pan ponoć setki razy.

- Bo to dla mnie jedno z największych arcydzieł XX wieku. Przeszywająca opowieść o naszych nadziejach, pragnieniach i oszustwach - nie ma drugiej takiej w historii sztuki. Nic dziwnego, że właśnie od "Café Müller" Pedro Almodóvar zaczął "Porozmawiaj z nią": to najbardziej wymowne i odkrywcze lustro tego, kim jesteśmy. Ani balet, ani teatr, ani taniec nowoczesny, ani pantomima. Do dziś pamiętam pierwsze wrażenie: mój umysł jest wobec tej sztuki zupełnie bezradny, ale ciało rozumie ją doskonale.

Cielesna, niemal fizjologiczna siła emocji w jej spektaklach uwodziła.

- Pina miała niewiarygodną zdolność obserwacji. Nigdy nie spotkałem kogoś, kto obserwował innych z taką cierpliwością jak ona. Cała jej sztuka sprowadza się do odkrycia, że wyrażamy siebie przez ciało. Ale odkryć taką rzecz to jedno. Trzeba umieć jeszcze ten język rozszyfrować.

Jak wiele innych osób myślałem przez długie lata, że mimo wszystkich różnic porozumiewamy się dość uniwersalnym kodem: na tym przecież polega magia kina. Dopiero Pina uświadomiła mi, że jako filmowcy w sensie opowiadania językiem ciała jesteśmy kompletnie niepiśmienni. Dotykamy wierzchołka góry lodowej, podczas gdy ona potrafiła oprzeć na tym całą swoją sztukę.

Byliście bliskimi przyjaciółmi przez wiele lat. Zrozumiał pan, na czym polegała jej "metoda"?

- Na połączeniu życia i tańca. "Nie interesuje mnie, jak poruszają się moi tancerze. Ważne jest to, co ich porusza" - mówiła często. I żeby to sprawdzić, zadawała swoim współpracownikom pytania, na które musieli odpowiadać wyłącznie za pomocą ruchów i gestów. Żadnych słów!

Kiedy przygotowywała spektakl, nieustannie, dociekliwie pytała - o rzeczy ogólne i szczegółowe, osobiste i uniwersalne. Żeby odpowiedzieć ciałem, nie możesz ukryć się za żadnymi kliszami. Nie możesz odegrać gotowej roli. Musisz się otworzyć. Do bólu. Właśnie z odpowiedzi jej tancerzy, które zbierała tygodniami albo miesiącami, powstawała za każdym razem nowa sztuka. Nie chodziło więc o ładną choreografię, ale dotknięcie czegoś, co w nas najbardziej intymne, duchowe, nienamacalne.

A czego, pracując nad "Piną", dowiedział się pan o jej współpracownikach?

- Że w grupie, którą tworzyli, taniec wcale nie był najważniejszy. Pochodzili z całego świata, byli jednocześnie znakomitymi tancerzami i aktorami. Ale jeśli potrafili spędzić ze sobą kilkanaście lat, to dlatego, że tworzyli razem coś w rodzaju utopijnej komuny. Nie istniała granica między ich życiem i sztuką - to oni wchodzili przecież na scenę i nosili własne nazwiska. Nie grali wymyślonych postaci, ale odkrywali i obnażali samych siebie. Taki rodzaj pracy właściwie się nie zdarza, również w filmie. Chyba tylko John Cassavetes pracował ze swoimi aktorami podobnie.

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':